Zmora akademickiego kwadransu: 31% procent goli straconych na początku drugiej połowy

Przeciwko Interowi powrócił koszmar rozpoczęcia drugiej połowy. Bramka Thurama i samobójcze trafienie Angeliño to odpowiednio dziesiąty i jedenasty gol stracony po przerwie.

„Minęły lata, zmienili się gracze i nawet prezydenci”, ale nie gole na początku drugiej połowy. Starając się to zbagatelizować, można by sparafrazować słynny baner Curva Sud, ponieważ pomimo zmiany trenera, formacji i podejścia do meczów, Roma przeciwko Interowi ponownie pokazała oznaki słabości, które ujawniała w „okresie ostatniego Mourinho”.

Po prowadzeniu po pierwszej połowie (nawet zasłużenie), podejście Giallorossich w drugiej połowie było co najmniej frustrujące. Dwie bramki w ciągu 7 minut: gol Thurama i wygrany pojedynek z Mancinim (akcja zainicjowana niewyobrażalną dziurą na środku boiska pozosyawioną przez Paredesa i Cristante), a potem samobójcza bramka Angeliño. Dwa gole Nerazzurrich to odpowiednio dziesiąta i jedenasta stracona bramka przez Romę w pierwszych 15 minutach drugiej połowy. Spośród 36 straconych bramek w sezonie we wszystkich rozgrywkach, prawie 31% zostało straconych na początku drugiej połowy. To ogrom, jeśli pomyślimy, jak te minuty (tak jak ostatnie minuty pierwszej połowy) decydują o losach meczów. Wie o tym dobrze De Rossi, który wypowiedział się na temat tej sytuacji po meczu: „Mecze wygrywa się wspólnie, obniżyliśmy poziom w pierwszej części drugiej połowy, włączając mnie”.

Zmarnowane szanse.

Gdyby to nie był problem, który jawi się cyklicznie, początek drugiej połowy wczoraj można by było spokojnie przypisać sile Interu, ale tak nie jest. W tym sezonie Roma często wypuszczała z rąk korzystny wynik albo mecze, w których nie dała się zepchnąć przez przeciwnika, przez ten przeklęty kwadrans. Stało się to na przykład w meczu z Lazio w pucharowym derbach, czy w Turynie przeciwko Juventusowi w jednym z najlepszych występów sezonu. Wszystko zaczęło się już od pierwszej kolejki przeciwko Salernitanie (Candreva w 49. minucie), kontynuując przeciwko Milanowi (zarówno u siebie, jak i na wyjeździe), w Bolonii i z Udinese, ale także w Lidze Europy muzyka pozostała ta sama. Decydujące dla niezdobycia pierwszego miejsca w grupie były bramki Jureckiego w Pradze i Bedia z Servette. Przeważa uczucie frustracji, ponieważ prawdopodobnie nigdy jak wczoraj Inter nie mógł zostać przynajmniej zatrzymany. Gdyby nie ten zawsze tak samo przeklęty kwadrans.

Komentarze

  • RomanoItaliano
    12 lutego 2024, 08:28

    Mam nadzieję, że Daniele popracuje nad ich głowami, bo tu chyba nic innego nie działa jak dekoncentracja po przerwie.