Sąd administracyjny wciąż zwleka z decyzją, a tysiące kibiców Romy żyją w zawieszeniu, bo w tej historii najbardziej boli nie sam zakaz, tylko to, że znów łatwiej ukarać wszystkich niż trafić w winnych.
Il Romanista – G. Fasan | W Rzymie są sprawy, które potrafią rozgrzać równie mocno jak derby, choć nie mają nic wspólnego z taktyką i tabelą. Jedną z nich jest poczucie sprawiedliwości. A kiedy władza sięga po środek zbiorowy, kibic odruchowo czuje, że ktoś próbuje rozwiązać skomplikowany problem najprostszą metodą: zakazem dla grupy, zamiast konsekwencjami dla konkretnych ludzi.
Tak wygląda dziś sytuacja wokół decyzji ministra spraw wewnętrznych Matteo Piantedosiego z 21 stycznia 2026 roku, wydanej po ataku na autostradzie A1 z 18 stycznia. Nikt rozsądny nie broni przemocy. Rzecz w tym, że potępienie przemocy nie oznacza zgody na to, by odpowiedzialność jednostek rozlewać na całe środowisko.
Dlaczego kibice mówią o karze zbiorowej
Stowarzyszenia zrzeszające fanów Giallorossich w całych Włoszech, Associazione Italiana Roma Club oraz Unione Tifosi Romanisti, złożyły 5 lutego odwołanie do sądu administracyjnego. Wskazują w nim wprost, że takie rozwiązanie nosi znamiona nadużycia władzy i jest w praktyce karą zbiorową.
W ich argumentacji jest też punkt bardzo konkretny, nie tylko prawny, ale i czysto stadionowy. Jeśli ogranicza się możliwość normalnego kupowania biletów na sektor gości według kryterium miejsca zamieszkania, część kibiców będzie próbowała wejść na stadion inną drogą, kupując miejsca w sektorach neutralnych albo gospodarzy. I to właśnie tworzy ryzyko, przed którym oficjalnie ma chronić zakaz. W skrócie: w imię bezpieczeństwa można niechcący przygotować idealne warunki do niebezpiecznej mieszanki na trybunach.
Tygodnie w zawieszeniu i odliczanie do Genui
19 lutego wciąż nie było rozstrzygnięcia. Kibice czekają, bo kolejne wyjazdy już stoją w kolejce: Genua (8 marca), Como (15 marca), Inter (4 kwietnia), Bologna (26 kwietnia), Parma (10 maja), Verona (24 maja). Najbliższy jest mecz z Genoą prowadzoną przez Daniele De Rossiego, więc czasu teoretycznie jest jeszcze trochę, ale to właśnie to teoretycznie najbardziej męczy.
Zwłoka bywa interpretowana na dwa sposoby. Jedni łapią ostrożny optymizm, bo skoro sąd nie ucina sprawy od razu, to znaczy, że argumenty traktuje poważnie. Drudzy widzą w tym typowy włoski scenariusz, w którym decyzje dojrzewają długo, a życie i tak toczy się bez nich. W obu przypadkach problem jest ten sam: ludzie nie wiedzą, na czym stoją, a sezon nie zamierza czekać na pieczątkę.
W tej historii jest jeszcze jeden szczegół, który mówi więcej niż sto komentarzy. Wśród protestujących są także „znamienici” członkowie stowarzyszeń, ludzie pracujący w instytucjach państwowych i samorządowych. To pokazuje skalę zjawiska: kibicowanie Romie nie jest zamkniętą subkulturą spod stadionu, tylko szeroką wspólnotą, która przenika całe miasto i cały kraj.
I dlatego ta sprawa ma ciężar większy niż same wyjazdy. Tu chodzi o zasadę: czy państwo potrafi karać winnych, czy woli działać szeroko, szybko i wygodnie, godząc w tych, którzy z przemocą nie mają nic wspólnego. Dziś kibice Romy nie proszą o przywileje. Proszą o podstawową logikę: jeśli sprawcy zostali zidentyfikowani, to niech odpowiadają sprawcy. A reszta niech wreszcie przestanie być traktowana jak podejrzany zbiorowy.
Komentarze
Z ostatniej chwili: Sąd częściowo uwzględnił odwołanie kibiców Romy w sprawie zakazu wyjazdów do końca sezonu. Sąd podtrzymał ogólny zakaz, ale uchylił go dla osób zameldowanych w prowincjach regionu Lacjum innych niż Rzym. Oznacza to, że część tifosich będzie mogła ponownie wspierać drużynę na meczach wyjazdowych.
Wybraliście komunizm to macie w Italii komunizm.