Lorenzo Pellegrini trwa. Trwa w czasie, trwa w charakterze, trwa przy Romie nawet wtedy, gdy wszystko wokół podpowiadałoby, że ta historia powinna już zmierzać ku końcowi.
Il Romanista – F. Pastore | Niezależnie od tego, jak zakończy się jego długa i zbyt często bolesna historia z Romą. Dziś widać wyraźnie: Pellegrini po raz kolejny udowadnia, że jest prawdziwym romanistą i piłkarzem o dużej osobowości. O przedłużeniu kontraktu wciąż jednak praktycznie się nie mówi, a przynajmniej nie w sposób, który dawałby realną nadzieję. Czas tymczasem biegnie szybko. Umowa wygasa 30 czerwca, a Lorenzo, który zbliża się do trzydziestki, może już tylko pielęgnować cichą nadzieję, że nadal będzie grał tam, gdzie wszystko się dla niego zaczęło. Marzenie, droga, cele – i on sam.
To już dziesiąty sezon Pellegriniego w pierwszym zespole Romy, jeśli liczyć od debiutu do dziś, z dwuletnią przerwą na Sassuolo. A przecież wcześniej była jeszcze cała droga przez klubową akademię, która sprawiła, że ta koszulka przylgnęła do niego nie tylko zawodowo, lecz także emocjonalnie. Był romanistą wcześniej, niż stał się piłkarzem Romy w seniorskiej drużynie. I choć o jego relacji z klubem powiedziano już bardzo wiele, również liczby przemawiają za nim jasno.
347 oficjalnych występów stawia go o krok od ścisłej czołówki w historii klubu. Europejskie trofeum podniesione jako kapitan to osiągnięcie, którego przed nim dokonał tylko Giacomo Losi. Do tego cztery gole w derbach: wszystkie efektowne, wszystkie przy zwycięstwach, wszystkie strzelone pod Curva Nord, jakby los sam chciał dopisać tym trafieniom jeszcze odrobinę ironicznego smaku. W obecnym sezonie Pellegrini już wyraźnie przebił swój dorobek z poprzednich rozgrywek, dochodząc do dziesięciu udziałów przy golach: sześciu trafień i czterech asyst w Serie A i Lidze Europy. Łącznie daje to 61 goli i 63 asysty w barwach Romy, czyli 124 bezpośrednie udziały przy bramkach.
W dzisiejszej Serie A niewielu może pochwalić się podobnym bilansem, a jeszcze mniej jest takich zawodników poza pozycją napastnika. Nawet wśród pomocników o wyraźnie ofensywnym usposobieniu trudno znaleźć wielu, którzy dorównują Pellegriniemu. Ani Barella, ani Rabiot, ani Mkhitaryan, ani Malinovskyi, ani Frattesi, ani Mandragora nie osiągnęli podobnych liczb. W tym gronie porównywalne statystyki mają właściwie tylko nieliczni: Çalhanoğlu, Zieliński czy Pašalić. Reszta zostaje daleko z tyłu. To dane, które nie poddają się modom, uproszczeniom ani wygodnym opiniom. I to także liczby, które muszą kusić trenerów i dyrektorów sportowych, bo zawodnik o takim dorobku, dostępny jako wolny agent, zawsze przyciąga uwagę.
Poza tym wszystkim zostaje jeszcze kwestia stylu, w jakim Pellegrini przeszedł przez ostatnie miesiące. Można nie być do końca przekonanym do danego piłkarza. Można go krytykować, można oczekiwać więcej. Ale nie ma powodu, by zamieniać ocenę sportową w kpinę czy szyderstwo. Tymczasem Lorenzo przez lata przyjmował bardzo ostrą krytykę, szczególnie w mediach społecznościowych, i robił to bez niepotrzebnych gestów, bez teatralnych odpowiedzi, bez żadnego fałszywego buntu. Być może to kwestia charakteru, być może nieśmiałości. Tak czy inaczej, zachował godność.
Ten sezon zaczął się dla niego kontuzją i byciem na marginesie projektu. Gasperini mówił o tym otwarcie, choć nie była to wina samego zawodnika. Pellegrini miał odejść, ale do transferu nie doszło. Do tego stracił opaskę kapitańską, zgodnie z nowymi zasadami opartymi na liczbie występów. Wszystko to mogło go osłabić. Tymczasem od tamtego pamiętnego derbowego wieczoru odwrócił narrację. Nie słowami, lecz pracą. Właśnie tak, jak lubi Gasperini. Nic więc dziwnego, że trener dziś go ceni i potrafi chwalić również publicznie.
Kto wie, może do czerwca przekona jeszcze nie tylko szkoleniowca, ale i kierownictwo. Bo są historie, które nawet gdy wydają się bliskie końca, wciąż potrafią znaleźć w sobie ostatni, najprawdziwszy rozdział.
Komentarze
Pelle zostawiłbym tylko za połowe tego kontraktu jaki ma teraz maksymalnie jako opcja szerokiego skladu. Jest jednym z nas i on wie najlepiej co to oznacza. Nigdy nie robił fochów,nie miał żadnych romansów, nie miał spięć z trenerami czy innymi zawodnikami. To solidny zawodnik ale tylko jako szeroki skład. Jego kariera mogła i raczej powinna pójsc znacznie lepiej ale co o tym zaważyło? Wie chyba tylko on. Kibicuje mu i chciałbym żeby został ale na takich warunkach jakie wymieniłem powyżej.
Przez to, że gra w czasach bezpośrednio po Tottim i DDR ma ciężej. Nigdy nie będzie już takich graczy jak Totti i DDr. Postawili tak wysoko poprzeczkę, że każdy wychowanek podświadomie będzie porównywany do nich (wychowanków – legend). Pelle jest chociażby drugi w historii pod względem asyst – po Tottim, a przed Daniele. Strzelił więcej goli niż choćby Cassano czy Perotta. Ludzi wkur**ia pewnie jego mowa ciała, ale w ważnych meczach nie raz pokazał, że jest ważny. A to, że pewnego poziomu nie przeskoczy to wiadomo.
Pilkarz dobry ale chyba probowano go włożyć w buty, ktore do niego nie bardzo pasowały. Przy zredukowanym kontrakcie i zaakceptowaniu przez niego, ze nie jest kims wokół kogo bedzie budowana druzyna tylko jednym z członków rotacji moglby zostać. Mam wrazenie ze redukcja presji i oczekiwań zrobiłaby mu tylko dobrze.
Najlepiej zarabiający kolekcjoner 6-ych miejsc w historii Romy. Tylko z tego Go zapamiętam…
On nie ma przesr* przez to że gra po Tottim i De Rossim. On się wylansował przy tych i paru innych mistrzach, bo z nimi łatwiej się grało. Jak zabrakło mistrzów i przyszedł czas, żeby samemu coś dać, to się okazało, że niewiele ma atutów (nie żeby wcale nic nie miał, bo kopyto jest, ale ma ich mało).
Chciałbym żeby został ale za znaczne obniżenie kontraktu.
Jak się na to nie zgodzi no cóż…
Mam wrażenie że jego potencjał nie został wykorzystany ze szkodą dla niego i Romy.