Francesco Totti w swojej nowej książce wraca do najważniejszych wydarzeń z życia po zakończeniu kariery. Opowiada między innymi o ofertach z Genoi i Como, relacji z Luciano Spallettim, Noemi Bocchi oraz śmierci swojego ojca Enzo.
Francesco Totti, z okazji premiery swojej nowej książki „Oltre”, wydanej wraz z „Il Corriere della Sera”, opowiada o kilku kluczowych momentach swojego życia po rozstaniu z Romą. Od niewiarygodnych ofert otrzymanych od Genoa i Como, gdy miał już 48 lat, po narodziny jego nowej miłości z Noemi oraz ból po stracie ojca Enzo, słynnego „Szeryfa”.
Zbliżenie ze Spallettim: od ciszy do reklam, krok po kroku
Warunki, by odzyskać spokój między mną a Luciano Spallettim, budują się powoli. Po latach ciszy rozpoczęliśmy nową drogę. Wszyscy znają przyczynę naszego konfliktu, nie ma potrzeby jej powtarzać. To, co wydarzyło się później, jest natomiast interesującą częścią tej historii.
Od 28 maja 2017 roku, dnia mojego przymusowego zakończenia kariery, przez ponad sześć lat nie widzieliśmy się ani nie mieliśmy ze sobą kontaktu. Osobne drogi, bez żadnej potrzeby korzystania z siebie nawzajem. Potem, w listopadzie 2023 roku, coś się ruszyło.
Dzwoni do mnie Vito Scala, mój wieloletni przyjaciel: „Frà, reprezentacja gra 17. w Rzymie. Pojedziemy do Bambino Gesù (szpital Dzieciątka Jezus – od red.)”. To miejsce, które często odwiedzam po cichu, żeby przywitać się z małymi pacjentami.
„Ty też powinieneś przyjechać” – mówi.
„Dlaczego?”
„Będą Gravina, Buffon, Di Lorenzo, Peruzzi… i selekcjoner”.
Czyli Spalletti.
„Nie”.
Nie chciałem o tym słyszeć.
„Frà, przemyśl to”.
Przemyślałem. Zrozumiałem, że można chronić się przed bólem, ale nie kosztem innych. „Vito, dobrze”. Prędzej czy później musiało do tego dojść. Świat piłki jest mały: albo go przywitam, albo przywalę mu z bani.
Tego dnia przyjeżdżam skuterem, wchodzę do holu. Vito mnie uprzedza: „Nadchodzą”. Gravina przedstawia nas sobie. Spalletti próbuje rozładować sytuację: „Od strony serca mogę cię przytulić?”. Szybka piątka, uścisk. Krótki gest, nic więcej. Nic nie poczułem. Żadnego dreszczu.
Spotkaliśmy się ponownie na Olimpico w 2025 roku, podczas finału Pucharu Włoch.
„Jak leci?”
„Dobrze, a u ciebie?”
„Dobrze”.
Koniec. Zwykła wymiana zdań, bez emocji.
Potem pojawia się Damiano Biondi: „Chcą cię do reklamy Amaro Montenegro”.
„Fajnie”.
„Fajnie byłoby zrobić ją ze… Spallettim”.
„Nie, nie dam rady”.
Ale gdzieś pod spodem coś mnie uwierało. Po miesiącu przeciągania liny zgodziłem się.
Reklamę kręcimy przy Ponti, w Rzymie. Przyjeżdżam skuterem. Idę w stronę jego kampera, pukam:
„Otwieraj, czego się boisz?”.
Przytulamy się, tym razem trochę bardziej szczerze.
„Francesco, cieszysz się, że robisz to ze mną?”
„Nie mogłem się doczekać. I musisz mi podziękować: gdybym ja powiedział nie, ciebie też by nie wzięli”.
Podczas nagrywania pewna kobieta krzyczy z balkonu:
„Aò, nie zadzieraj z kapitanem, bo on jest nasz!”.
Idealna asysta.
„Mister, naprawdę uważaj, bo jak tutaj zacznie się ignorancja, to może być źle”.
Pracowaliśmy razem przez dwa dni. Napięcie puściło, naprawdę się uśmiechaliśmy. Wyszedłem z tego spokojniejszy.
Latem 2026 roku nagraliśmy drugą reklamę – trzy dni w posiadłości Spallettiego w Toskanii. Pewnego wieczoru, przy stole, mówię:
„Jako trener byłeś jednym z najlepszych, ale ze mną nie zachowałeś się najlepiej…”.
On odpowiada:
„Nie, Francesco, to twoja wina. To ty chciałeś mojej krzywdy i wyrzuciłeś mnie z Romy”.
„Co ty wygadujesz, mister? Sam to wszystko zrobiłeś”.
I tym razem również nie doszliśmy do porozumienia, ale atmosfera była znacznie lżejsza. Reklama po reklamie usuwamy pozostałości dawnych emocji. Rozpoczęliśmy prawdziwy proces ponownego zbliżenia.
Kiedy powiemy sobie całą prawdę, tę prawdziwą, postawię na tym kropkę. Będziemy mogli wrócić do tego, co było wcześniej. A po poznaniu prawdy wzniesiemy toast za naszą. Amaro Spalletti. Prawdziwy smak.
Odmówiłem Serie A. Zdrada sportowa nie ma wieku
Odmówiłem Serie A. Odmówiłem Genoi. Odmówiłem Como. Miałem 48 lat.
Trenerem Genoi był Alberto Gilardino, podobnie jak ja mistrz świata z reprezentacją Włoch z 2006 roku, natomiast na ławce Como zasiadał już Cesc Fabregas, jeden z wielkich piłkarzy w historii futbolu.
Gilardino miał 42 lata, Fabregas 37, więc miałbym odpowiednio sześć i jedenaście lat więcej od człowieka, któremu płacono za mówienie mi, co mam robić.
To nie są miejskie legendy, tylko czysta prawda. Niewiarygodne, ale prawdziwe. Szalone.
Żeby utrzymać formę, w każdy poniedziałkowy wieczór grałem w calciotto, czyli – jak sama nazwa wskazuje – piłkę nożną ośmioosobową. To chyba też trochę sport emerytów, taki po pracy, ale dobrze się bawiłem i nawet strzelałem gole. Byłem trochę zaokrąglony, ale moja forma nie była najgorsza. Dawałem sobie radę. Przecież człowiek nie zapomina, jak dotknąć piłki, jak wykonywać rzuty wolne czy posłać asystę.
Lubiłem żartować podczas wywiadów, trochę podpuszczać dziennikarzy, którzy akurat się tam pojawiali, tak jak tylko ja potrafię:
„Jestem gotowy wrócić”.
Tyle że ten żart usłyszeli wszyscy. I ktoś wpadł na szalony pomysł.
„Francesco, skoro jesteś gotowy, to wróć naprawdę”.
Pierwsi odezwali się działacze Genoa, z którymi rozmawiałem bezpośrednio. Zadali mi proste pytanie:
„To jak, chcesz spróbować tego nowego doświadczenia, czy nie?”.
Mówili poważnie.
Poprosiłem o czas na podjęcie decyzji i zanim udzieliłem odpowiedzi, zacząłem ciężko pracować. Naprawdę ciężko.
Kontynuowałem grę w calciotto w poniedziałki, dołożyłem trzy treningi tygodniowo na siłowni i dwie sesje z fizjoterapeutą, pilnując również diety. Odstawiłem chleb, odstawiłem słodycze, odstawiłem wszystko. Rezygnacja ze słodyczy była naprawdę trudna.
Marassi bardzo mi się podobało. To piękny stadion, w angielskim stylu, z kibicami pełnymi pasji, którzy oglądają mecze tuż przy boisku. Czujesz ich oddech na plecach. A przecież właśnie przeciwko Genoi rozegrałem swój ostatni mecz w barwach Romy. Widzisz, jaki los.
Gilardino wysyłał mi czasem wiadomości na WhatsAppie:
„No i co?”.
Jest z Bielli, więc nie mówił zbyt wiele, nawet przez wiadomości.
Trenowałem i nie męczyłem się zbytnio, moje ciało dobrze reagowało, pomijając normalne dolegliwości człowieka, który ma prawie pięćdziesiąt lat. Plecy były trochę zesztywniałe, ale nic poważnego.
Przy niektórych ćwiczeniach, siedem lat po zakończeniu kariery, musiałem zaczynać od zera, ale myślałem, że będzie gorzej. Dawałem radę. Trenowałem jak profesjonalista.
„Frà, ale co ty właściwie robisz?”.
Niektóre dni zadawałem sobie to pytanie, inne były bardziej optymistyczne. Nie wiedziałem dokładnie, co przyniesie przyszłość, a może wiedziałem, tylko udawałem, że nie wiem. Cieszyłem się chwilą.
Głowa mówiła, że mógłbym się zgodzić, serce mówiło „nie”, później role się odwracały, myśli hamowały, a serce przyspieszało. Ostatecznie jednak zawsze dochodziłem do tego samego pytania, które zadawałem sobie sam:
„Czy można grać w drużynie, która nie jest Romą?”.
W środku mnie mocno odbijała się właściwa odpowiedź. Próbowałem jej nie słyszeć, właśnie o to chodziło.
Miałem 48 lat, okej, ale wiek można w jakiś sposób pokonać. Staje się człowiek wolniejszy, ale stopa się nie starzeje. Wszyscy są zgodni: ona nie potrzebuje botoksu.
Roma była punktem odniesienia. Nie problemem i nigdy nim nie będzie.
Zdrada sportowa nie ma wieku – nieważne, czy ma się 18, czy 48 lat.
Totti opowiada o Noemi Bocchi: „Pierwszy pocałunek w pobliżu Piazza del Popolo”
„To mój numer”.
„A to mój”.
Była blondynką, była piękna, wszyscy to zauważali. Była słodka, inteligentna, interesująca. Fajnie było odkrywać to wszystko krok po kroku, rozmawiając z nią.
Na pierwszy pocałunek przyszło czekać bardzo długo. Doszło do niego w pobliżu Piazza del Popolo, w samochodzie, jak u dwojga nastolatków, w półmroku.
Trochę się bałem, naprawdę byłem zdenerwowany. W życiu dałem mnóstwo pocałunków, ale ten uważałem za niezwykle ważny. Przecież nie mogłem go zepsuć, tak jak rzutu karnego przeciwko Australii na mundialu w 2006 roku.
Kluczowe momenty dla przyszłości, hymny radości.
Zaczęły mnie atakować wątpliwości typowe dla nastolatka.
„To ja mam ją pocałować czy poczekać, aż zrobi to ona? Zamknąć oczy czy zostawić je otwarte? A jeśli jej się nie spodoba? Język też ma być czy nie? A jeśli ktoś nas zobaczy?”.
Jak się okazało, pocałowaliśmy się w odpowiednim momencie i tak, jak trzeba.
Z Rzymem w tle, w nas i przed nami.
Totti i śmierć ojca Enzo: „Świat się zawalił”
„Halo?”.
Po drugiej stronie przez bardzo długie chwile panowała cisza, tylko na moment przerywana oddechem, którego nie nazwałbym ciężkim, raczej pełnym szacunku, niemal wstrzymanym.
„Halo?”.
„Niestety, Frà…”.
Gdy tylko usłyszałem to „niestety”, zrozumiałem. Świat się zawalił.
Tata nie żył.
Powiedział mi o tym lekarz, który się nim opiekował w rzymskim szpitalu Spallanzani, gdzie był hospitalizowany. Mówił spokojnym, ale stanowczym i życzliwym głosem, z trudem pokonując kolejne pauzy i moje lęki.
Był to człowiek, który nigdy się nie spóźniał i który regularnie kontaktował się ze mną z informacjami między 19:30 a 20:00, każdego wieczoru.
Nie wiem dlaczego, ale złe wiadomości zawsze są jak pociski wystrzelone z dużym wyprzedzeniem. Tym razem aż o siedem godzin.
„Niestety, Frà, kiedy pacjenci zostają zaintubowani, oznacza to, że trudno jest już zawrócić”.
Tata Enzo, legendarny „Szeryf”, właśnie odszedł w taki sam sposób, w jaki żył: bez słów – mówił tylko wtedy, gdy było to absolutnie konieczne – a jeśli już, to spojrzeniem, oczami.
Ostatnie chwile spędził podłączony do aparatury, która pomagała mu oddychać, zanim COVID-19 odebrał mu również resztkę oddechu, bezlitośnie blokując jego mechanizm – płuca.
Oto śmierć, która zmieniła moje życie. To nie jest sprzeczność, lecz czysta udręka.
Komentarze
Ehh to tego typu materiał który się czyta i w zasadzie każdy komentarz jest zbędny …
Ciekawe czy będzie tłumaczenie. I czy znowu Kaisa dokona tego dzieła :)
Niektórzy się pultali, że "zdjąłem" Tottiego z leadów strony, kosztem Dybali, a pod takim smakowitym newsem ledwie dwa komentarze :v
Bo to takie dobre jest, że aż nie wiadomo co napisać 😆