Svilar: „Przed meczem pracuję z trenerem mentalnym. De Rossi zmienił moje życie”

Mile Svilar przed hitem z Interem opowiada o mentalnej stronie pracy bramkarza, rozwoju Romy pod wodzą Gasperiniego i swojej przyszłości.

fot. © asroma.com

Mile Svilar udzielił obszernego wywiadu przed ligowym starciem Romy z Interem. Bramkarz Giallorossich opowiedział o pracy z trenerem mentalnym, specyfice swojej pozycji w dominującej drużynie, relacji z Gian Piero Gasperinim oraz ambicjach zespołu. W rozmowie pojawiły się również wątki reprezentacyjne, zainteresowanie Juventusu, wpływ Daniele De Rossiego i rodzinne tradycje bramkarskie. Poniżej prezentujemy treść rozmowy.

Powiedziałeś, że twoim prawdziwym przeciwnikiem są własne myśli. Co dokładnie masz na myśli?
– Wiesz, jaka jest najtrudniejsza część mojej pracy? Ta, w której nic nie robię. A właściwie ta, w której wszyscy myślą, że nic nie robię.

A co wtedy robisz?
– Myślę. A to jest trudniejsze niż bronienie. Łatwiej być cały czas pod presją kolejnych interwencji, bo wtedy nie masz czasu na analizowanie i pomaga ci instynkt. Ale w dominującej drużynie takiej jak Roma, która większość meczu spędza na połowie przeciwnika, jestem przez długi czas sam ze sobą. I muszę myśleć. Myślę negatywnie, bo bramkarz musi to robić. Zawsze trzeba zakładać najgorszy możliwy scenariusz. Ryzyko polega na tym, że te negatywne myśli mogą cię przytłoczyć.

Jak z tym walczysz?
– W dniu meczu zawsze mam sesję z moim trenerem mentalnym. Nigdy jej nie opuszczam. Trochę wizualizujemy, pracujemy nad oddechem. Te spotkania pomagają mi zamienić negatywne myśli, o których mówiłem, w pozytywne albo przynajmniej neutralne. Wiem, że może nadejść najgorsze, ale jestem gotowy, żeby sobie z tym poradzić.

Mecz z Interem jest najgorszy ze względu na siłę rywala czy właśnie najlepszy?
– To wielki mecz, którego nie możemy się doczekać. Chcemy sprawdzić się przeciwko najmocniejszej drużynie ligi, która w ostatnich latach była na szczycie.

Czy to początek pojedynku o scudetto?
– Aż się uśmiecham. W tym mieście wystarczą dwa albo trzy dobre mecze i jesteś wynoszony pod niebiosa, a potem przegrywasz i zaczyna się dramat. My musimy zachować równowagę i stabilność. Wiemy jednak, skąd przychodzimy i dokąd chcemy dojść.

A dokąd chcecie dojść?
– Spójrz: w poprzednim sezonie nie zaczynaliśmy rozgrywek, mówiąc sobie, że zajmiemy trzecie miejsce. Ale po dwudziestu czy dwudziestu pięciu meczach zrozumieliśmy, że możemy wywalczyć Ligę Mistrzów. Tak samo teraz. Dopiero później przekonamy się, czy naprawdę jesteśmy drużyną na tytuł.

Nie macie jednak poczucia, że jesteście bliżej Interu niż przed rokiem?
– Minęło 335 dni od naszego meczu na Olimpico.

Jak to zapamiętałeś?
– Przeczytałem w mediach społecznościowych (śmiech – przyp. red.). Tak, jesteśmy w lepszym miejscu, także ze względu na sposób, w jaki gramy. Bardziej dominujemy i jesteśmy bardziej zespołem. To też naturalne. W drugim roku z Gasperinim realizujemy jego pomysły już niemal automatycznie.

Czy ktoś, kto dziś widzi na podium Inter, Romę i Como, popełnia błąd?
– Patrząc na styl gry, gole i sposób wygrywania meczów, można tak uważać. Ale mamy dopiero wrzesień, jest za wcześnie.

W jednym ze starszych wywiadów powiedziałeś o Gasperinim, że grając przeciwko jego Atalancie, zawsze miało się wrażenie, że można przegrać. Teraz, gdy jest twoim trenerem, masz odwrotne odczucie?
– Tak. Są mecze, których nie udaje nam się szybko otworzyć, a ja patrzę na nie i myślę: dzisiaj i tak wygramy.

Czego Gasperini wymaga od ciebie inaczej niż pozostali trenerzy?
– Wiesz, czym naprawdę różni się trener? Daje mi swobodę w podejmowaniu decyzji. Naprawdę. Próbujemy pewnych rozwiązań przy grze nogami, choć przy nowych przepisach jest to trudniejsze, ale nigdy nie chcemy podejmować niepotrzebnego ryzyka. Dzisiaj wszyscy próbują wymyślać coś nowego przy wyprowadzaniu piłki od tyłu. Moim zdaniem czasami przesadzają, a takie błędy kosztują punkty.

W 138 meczach zanotowałeś 54 czyste konta, a w tym sezonie Serie A trzy w czterech spotkaniach. Co to oznacza?
– Że bardzo trudno stworzyć przeciwko nam sytuacje. Ale czyste konto jest pracą całego zespołu. Szczerze? Więcej satysfakcji daje mi zwycięstwo 2:1, kiedy wykonuję dwie albo trzy decydujące interwencje, nawet jeśli statystyki wyglądają wtedy gorzej.

Jaki jest twój sekret w sytuacjach jeden na jednego?
– Timing. Myślę, że dobrze wyczuwam moment przy niskich wyjściach i szybko rozpoznaję właściwe rozwiązanie. Może dlatego, że robiłem to już jako dziecko. Rzucałem się rywalom pod nogi, naśladując mojego tatę.

Twój ojciec Ratko był bramkarzem reprezentacji Jugosławii. Co ci przekazał?
– Szybkość, dynamikę i pracę.

Co masz na myśli, mówiąc o pracy?
– Kiedy miałem czternaście czy piętnaście lat, patrzyłem na znajomych, którzy się bawili, i przez jakiś czas myślałem, że można połączyć trening z takim życiem. Pewnego dnia ojciec powiedział mi: Mile, jeśli chcesz gdzieś dojść, musisz z czegoś zrezygnować. Posłuchałem go. Miał rację.

Latem odbył się mundial, a ty nie możesz grać dla Belgii, ponieważ wcześniej reprezentowałeś Serbię. Jak bardzo brakowało ci takiej sceny?
– Byłem na wakacjach, oglądałem mecze i zadawałem sobie pytanie: co ja tutaj robię? Dlaczego mnie tam nie ma? Nie mogę powiedzieć, że wszystko jest w porządku, bo bym skłamał. Mam nadzieję, że pewnego dnia sytuacja się rozwiąże. Nigdy nie wiadomo.

Analizujesz napastników rywali?
– Bardzo dużo. Na wideo, w trakcie tygodnia i także w dniu meczu.

Kto jest najtrudniejszym rywalem?
– Malen. Strzela mi bramki cały czas.

To się nie liczy.
– W takim razie Lautaro. Jest bardzo trudny do odczytania. I Thuram, niesamowite, jaki on jest szybki.

Którzy bramkarze w Serie A podobają ci się najbardziej?
– Przede wszystkim Maignan i Carnesecchi.

Juventus oferował za ciebie 40 milionów euro. Byłeś blisko odejścia z Romy?
– Nie odbyłem nawet jednej rozmowy na ten temat. Nie jestem kimś, kto podpisuje przedłużenie kontraktu do 2030 roku, a rok później wypiera się podjętej decyzji.

Z czego najtrudniej ci zrezygnować?
– Uwielbiam jeść. Szczególnie makaron i pizzę. Zazdroszczę kolegom z drużyny, bo mogą jeść je cały czas. Ja przez swój metabolizm pozwalam sobie na to tylko raz w tygodniu. Dlatego nie mogę się doczekać wieczoru po meczu: kanapa, moja żona, telewizor i pizza. O, to jest prawdziwy relaks.

Dałeś synowi imię Lio Mile. Przy takim dziadku i ojcu o niemal tym samym imieniu zdecydowałeś już, że też zostanie bramkarzem?
– Nie, nie. Dla niego mam nadzieję na pozycję z mniejszą presją, jak najdalej od bramki! Prawda jest taka, że imię Mile po prostu podobało się mojej żonie.

Co przychodzi ci do głowy, kiedy słyszysz: De Rossi?
– Zmienił moje życie. Być może bez niego dzisiaj nie byłbym w Romie.

Kto był twoim idolem?
– Casillas. W domu bardzo pilnuję dwóch jego koszulek, z Realu Madryt i Porto, oraz pary jego rękawic.

Jest coś, co przeszkadza ci w świecie futbolu?
– To ja cię zapytam: jak miałbym go nienawidzić? Futbol dał tak wiele mojej rodzinie, mojemu ojcu i mnie. Wykonuję najpiękniejszą pracę na świecie. Nawet gdyby było w niej coś, co mi się nie podoba, i tak trzymałbym się jej kurczowo. W Belgii słyszę wielu byłych piłkarzy mówiących: gdybym mógł cofnąć czas, nie wybrałbym ponownie kariery piłkarskiej. Słucham ich i myślę: ja zrobiłbym wszystko jeszcze raz.

Komentarze

  • xKisiu
    18 września 2026, 12:58

    Super Mile, widać że praca z psychologiem daję efekty. Oby został z nami jak najdłużej, bo taki bramkarz to skarb.

    • Romulus
      18 września 2026, 23:34

      Komu jak komu, ale bramkarzowi trening mentalny jest szczególnie potrzebny. Po Svilarze widać, że jest zawsze skoncentrowany i nie traci chłodnej głowy, tak trzymać