Soulé: „Chciałbym zostać w Romie na długo. Trofeum byłoby wisienką na torcie”

Krótko o formie, przyszłości w stolicy i pracy z Gasperinim – argentyński skrzydłowy opowiada o ambicjach i energii w zespole.

fot. © asroma.com

Matías Soulé, w tym sezonie najrówniej grający piłkarz ofensywny Romy, udzielił wywiadu Sportmediaset.

Powiedziałeś ostatnio, że gdy zamykasz oczy, widzisz siebie w Romie do końca kariery. Co sprawia, że wyobrażasz sobie taką przyszłość?
– Czuję się tu znakomicie, jestem bardzo szczęśliwy. W zeszłym roku słabo zacząłem, ale odrobiłem. Lubię to miasto, ludzi, Romę. Wyobrażam sobie, że zostanę tu na długo – oby tak się stało.

Jesteś najlepszym strzelcem w drużynie, która nie zawsze łatwo zdobywa bramki. Jak na to patrzysz?
– Staram się pomagać kolegom wszystkim, o co prosi trener – nie tylko golami czy asystami. Najpierw jest drużyna, dopiero potem jednostka. Tworzymy rodzinę i walczymy o nasze cele.

Ranieri mówił: „Matías to przyszłość”. U Gasperiniego jesteś teraźniejszością. W czym cię poprawił?
– We wszystkim. To świetny trener o zwycięskiej mentalności. Szybko przekazuje to, czego chce. Lubię mieć piłkę, grać wysoko, pressować – a u niego napastnicy są pierwszymi obrońcami, mają odbierać i naciskać. Dobrze czuję się jako „dziesiątka” i jako skrzydłowy – mogę pokazywać swoją jakość.

Wracacie meczem z Cremonese. 24 punkty i lider z Interem nie jest przypadkiem?
– Zdobyliśmy ważne punkty. Ale trzeba iść krok po kroku. To dopiero początek, sezon jest długi. Jeśli będziemy trzymać kurs, możemy być naprawdę konkurencyjni – dla naszych kibiców, którzy zawsze nas wspierają. Chcemy tydzień po tygodniu poprawiać grę i dobrze podchodzić do meczów. Zobaczymy.

Czy „szczyt” można dziś nazwać scudetto?
– Spokojnie. Za wcześnie, by mówić o tytule. Każdy o nim marzy – ja i cały zespół – ale musimy robić swoje: mecz po meczu, maksimum zaangażowania, ciągły rozwój. Teraz czeka nas trudny wyjazd, musimy znów dopisać ważne punkty. Jesteśmy naładowani – także ci, którzy nie jechali na kadrę, ciężko pracowali.

Przerwa reprezentacyjna cieszy w Rzymie, ciebie mniej. Nie dostałeś powołania. Jak się z tym czujesz?
– Jestem spokojny. Powołanie to efekt pracy w klubie. Głowę mam w Romie: nie jestem smutny, może co najwyżej trochę zawiedziony. O kadrze marzę od dziecka. Jeśli będę robił swoje, przyjdzie. Skupiam się na Romie: gdy tu będzie dobrze, reszta przyjdzie sama.

Mundial się zbliża…
– Czasu mało. Muszę dalej pracować i być decydujący. Jeśli grasz regularnie i dobrze, rzeczy dzieją się same.

Twój wybór reprezentacji się nie zmienił? Była mowa o Italii.
– Nic się nie zmieniło. Nigdy o tym nie myślałem. Jestem Argentyńczykiem i chcę grać dla Argentyny.

Dużo mówi się o twojej przyjaźni z Dybalą i waszej „koegzystencji”. Jak wy to przeżywacie?
– Nie rozmawiamy o tym na okrągło – mamy inne tematy! Przed meczem może chwilę, ale jesteśmy spokojni. Spędzamy razem czas, gramy w PlayStation, mamy kontakt każdego dnia. Paulo jest wyjątkowy, im szybciej wróci, tym lepiej. Podnosi poziom wszystkich.

On jest „klejnotem”. Ty możesz być „klejnocikiem”?
– (Śmiech) Nie wiem… Chciałbym być jak on za kilka lat. Albo mieć podobną karierę. Dobrze mi z nim i z resztą chłopaków. Z dnia na dzień jesteśmy bardziej zjednoczeni i silniejsi. Tak działa droga do celów, musimy być rodziną.

Co zmieniło się w energii zespołu? Przyszli Ranieri i Gasperini – poczułeś wiatr w plecy?
– Tak. Ranieri dał nam wiarę i jedność, siłę, której potrzebowaliśmy. Z Gasperinim, po tym co zrobił w Atalancie, poszliśmy tą ścieżką dalej. W tym roku kalendarzowym zrobiliśmy dużo dobrego. Tak możemy walczyć o najwyższe miejsca – i będziemy walczyć, jak najwyżej się da.

Twój gol w Parmie może zostać wybrany bramką roku. To dla ciebie szczególne trafienie?
– Tak, ale tak samo ten gol w derbach z Lazio – za znaczenie i urodę. Ten z Parmą był chyba póki co moim drugim dla Romy.

Jesteś szczęśliwy. Twoja „recepta na szczęście”? Kiedy uznasz ten sezon za spełniony?
– Gdy wygramy z Romą coś ważnego, to byłaby wisienka na torcie.

Komentarze