Były dyrektor sportowy AS Roma w szczerej, poruszającej rozmowie opowiedział o dzieciństwie, futbolowej pasji, ciężkiej chorobie i życiu po 25 dniach w śpiączce farmakologicznej. Walter Sabatini nie ukrywa, że nadal walczy o odzyskanie dawnej energii i poczucia wolności.
Walter Sabatini był gościem programu One More Time prowadzonego przez Lucę Casadeia. Były działacz i dyrektor sportowy AS Roma wrócił wspomnieniami do początków swojej miłości do futbolu, największych sukcesów zawodowych, trudnych doświadczeń zdrowotnych oraz relacji z synem. Poniżej prezentujemy treść rozmowy.
Kiedy odkryłeś miłość do piłki nożnej?
– Gdy pierwszy raz dotknąłem piłki, to było jak olśnienie. Miałem dziewięć albo dziesięć lat i od tamtej pory nie bawiłem się już w nic innego. Po prostu goniłem za piłką, często także sam, bo miałem niesamowitą wyobraźnię. Potrafiłem zamienić zwykły mur w trybunę. W głowie miałem publiczność, sędziego, piłkę, wszystko.
– W wieku dziesięciu czy dwunastu lat nie mogłem jeszcze grać, bo byłem za mały. Pamiętam jednak, jak pewnego dnia trener zrobił mi niespodziankę, zabrał mnie ze sobą do Marciano i wpuścił na boisko po przerwie. Byłem niesamowicie przejęty, a rywale byli ode mnie starsi. W pewnym momencie odebrałem piłkę obrońcy, wyszedłem sam na sam z bramkarzem, minąłem go, ale piłka zatrzymała się w kałuży, a ja upadłem. To był najbardziej bolesny upadek w moim życiu, bo straciłem szansę na pierwszego gola.
W dzieciństwie zacząłeś też bardzo wcześnie palić. Jak to wspominasz?
– Robiłem okropne rzeczy jako dziecko, mając osiem, dziewięć czy dziesięć lat. Paliłem niedopałki i wąchałem benzynę z motocykla mojego ojca. Oszałamiał mnie jej zapach, choć to było maksymalnie toksyczne. Robiłem to, dopóki pewnego dnia mnie nie znaleziono. Zemdlałem na motocyklu i wtedy musiałem przestać.
– Później, mając czternaście czy piętnaście lat, zacząłem podkradać rodzicom po trzy lub cztery papierosy. Z czasem stało się to dla mnie czymś, z czego nie potrafiłem zrezygnować. Dobrze czułem się, robiąc coś ukradkiem.
Z którego sukcesu w pracy jesteś najbardziej dumny?
– Transfer Javiera Pastore do Palermo był ruchem, z którego jestem bardzo dumny. Później trafił do Paris Saint-Germain, ale jego sprowadzenie było magiczną operacją. Kiedy jechałem po niego, nawet nie myślałem, że zdołam go pozyskać, bo interesowali się nim wszyscy.
– Wykazałem się cierpliwością. Dosłownie oblegałem biuro jego agenta, Marcelo Simoniana. Przekonałem go, by sprowadził rodzinę z Córdoby, a potem zatrzymałem ich przy sobie, aż zrozumieli, że moja decyzja jest nieodwołalna. Nie wróciłbym do domu bez tego zawodnika. Myślę, że był to jeden z najszczęśliwszych dni w życiu Zampariniego, bo uwielbiał Pastore. Dla niego był piłkarskim bóstwem i wyjątkowym chłopakiem. Kiedy zaczął grać, wszystkich zostawił z otwartymi ustami.
Często mówisz o nostalgii i żalu. Czy jest coś, czego nie zrobiłbyś ponownie?
– Nigdy siebie nie kochałem, nawet wtedy, kiedy myślałem, że na to zasługuję. Mogłem się sobie podobać, ale nie potrafiłem siebie kochać. Nie powinno się żyć nostalgią, a ja żyję właśnie nostalgią, żalem i wyrzutami sumienia.
– Czasem słyszę, jak ludzie mówią, że zrobiliby wszystko jeszcze raz. Ja, poza moim synem, nie powtórzyłbym w życiu niczego. Nawet najważniejszych decyzji piłkarskich. Wiem, że byłem bardzo podziwiany i nadal dostaję tego dowody, ale nie zrobiłbym wszystkiego tak samo. Może zrobiłbym to jeszcze raz, ale zupełnie inaczej. Wszystko poza moim synem.
Przeżyłeś bardzo ciężki kryzys zdrowotny i spędziłeś 25 dni w śpiączce farmakologicznej. Co pamiętasz z tamtego okresu?
– Miałem atak niewydolności oddechowej. Przyjechał lekarz Romy, który był też moim lekarzem, i natychmiast zrozumiał, że sytuacja jest bardzo poważna. W karetce lekarka powtarzała, że nie dam rady. Trafiłem na intensywną terapię, gdzie spędziłem 25 dni w śpiączce farmakologicznej.
– W tamtym czasie byłem gdzieś indziej. Myślałem, że umarłem. Widziałem wiele rzeczy, które trochę mnie przerażały, ale traktowałem je jako przejściowe. Widziałem Matkę Teresę z Kalkuty, ale nie chciała, żebym jej dotknął. Byłem przekonany, że pielęgniarze chcą mnie zabić. Za każdym razem, gdy ktoś z personelu przychodził, wpadałem w panikę. To było bardzo trudne, szczególnie później, kiedy człowiek się budzi i przez jakiś czas nie jest sobą. Potrzebowałem dwóch miesięcy, żeby odzyskać pełną jasność myślenia.
Po tym doświadczeniu zmagałeś się także z atakami paniki.
– Miałem ich bardzo wiele. Teraz myślę, że w dużej mierze z tego wyszedłem, przede wszystkim dlatego, że kiedy to się zdarza, nie tracę już całkowicie kontroli. Wcześniej było to przerażające. Gdy tylko zaczynał się atak, wiedziałem, że to atak paniki, ale nie potrafiłem nad nim zapanować. To było bestialskie.
– Śpiączka farmakologiczna zrodziła we mnie pewien rodzaj lęku. Ogólnego lęku, niemal strachu przed życiem, przed własnym życiem i życiem innych ludzi. Pojawiła się niepewność. To był naprawdę trudny rozdział, ciężki do przeżycia i zaakceptowania.
Dziś rzadko wychodzisz z domu. Dlaczego?
– Nie wychodzę już prawie wcale. Potrafię spędzić w domu nawet miesiąc. Nie czuję się bezpiecznie, ale przede wszystkim nie chcę wystawiać się na widok ludzi. Niepewność budzi we mnie choćby myśl, że ktoś zobaczy, jak nie potrafię sam wstać. To mnie niszczy.
– Moje życie było kiedyś zupełnie inne. Wspomnienie tego, kim byłem i co zrobiłem, boli, bo muszę się z tym porównywać. Dzisiaj to nie jest życie, które mi odpowiada. To naprawdę nie moje życie, tylko życie kogoś innego. Chcę być pełen życia, żywy i aktywny. Tymczasem jestem tylko żywy, a to mi nie wystarcza.
Wierzysz, że zdołasz jeszcze odmienić tę sytuację?
– Wierzę, że mogę zareagować, że będę dalej żył. Wiem też, że mam jeszcze do zrobienia piękne i ważne rzeczy. Albo wykonam je osobiście, albo przy czyimś wsparciu, ale je zrobię. Nie mogę zaakceptować końca życia w takiej szarości. Muszę coś zrobić.
Komentarze
Szkoda palacza. Jakby był w formie chętnie widziałbym Go w Romie. Sabat i Gasp, strach się bać co by to się działo ')
Totnik chyba mocno Cię musiał kiedyś palacz skrzywdzić, opowiedz mi o tym :D
Smutne bardzo
Się paliło od dziecka… no cóż, …
Żal Sabata strasznie :(