Choć w kadrze Romy nie brakuje pojedynczych pewniaków, takich jak Wesley, Manu Koné czy Mile Svilar, w bezpośrednim porównaniu z największymi rywalami zespół z Rzymu zbyt często wypada słabiej. Największe braki widać nie tyle w jakości jednostek, ile w konstrukcji całych formacji.
ForzaRoma.info – L. Scattareggia | W Trigorii trwa czas dużego napięcia. Dotkliwa porażka 2:5 z Interem może zostawić po sobie głębokie ślady i odbić się także na przyszłości stołecznego klubu. Jedyną wyraźną stałą wydaje się dziś wola dalszej współpracy z Gian Piero Gasperinim, podczas gdy konsekwencje może ponieść dyrektor sportowy. To jednak nie jest wyłącznie problem gabinetów. Wystarczy spojrzeć na drużynę, by dostrzec, że właściwie nikt nie może czuć się nietykalny. Celem rodziny Friedkinów pozostaje powrót do Ligi Mistrzów po ośmiu długich latach przerwy, ale również ten sezon zdaje się oddalać ten scenariusz. Trudno więc nie zadać pytania, czy niezależnie od wszystkich problemów, z jakimi mierzyła się Roma, jej konkurenci nie są po prostu lepiej przygotowani do walki o miejsce w czołówce. W tym kontekście nasuwa się jeszcze jedno pytanie: w której formacji Roma może dziś naprawdę uznać się za lepszą od swoich głównych rywali?
Svilar daje gwarancję, jakiej wielu innym brakuje
Bramka pozostaje jednym z najmocniejszych punktów Romy. Svilar wielokrotnie ratował Giallorossich i choć w drugiej części sezonu nieco obniżył loty, nadal jest jednym z pewnych punktów w zespole. Wydaje się bardziej wiarygodny niż sytuacja w Juventusie, gdzie obsada bramki przechodziła zawirowania i zmianę hierarchii. Również w Interze nie wszystko wyglądało idealnie, bo Yann Sommer nie zawsze dawał pełne poczucie bezpieczeństwa.
Stabilniej prezentują się natomiast Milan i Napoli, gdzie Mike Maignan oraz Vanja Milinković-Savić odgrywają rolę liderów swoich formacji. Ogromnym zaskoczeniem okazał się także Jean Butez w Como, będący najlepszym bramkarzem ligi pod względem liczby czystych kont. Mimo to Svilar pozostaje golkiperem z największą liczbą interwencji spośród porównywanych nazwisk. Sam ten fakt mówi jednak wiele nie tylko o nim, lecz także o defensywie Romy. Tak duża liczba obron obnaża kruchość całego bloku obronnego, który zbyt często nie zapewniał drużynie odpowiedniej ochrony.
Obrona chwieje się zbyt często i nie ma stałego przywódcy
Kiedy przyjrzeć się trójce stoperów Romy, czyli Gianluce Manciniemu, Evanowi Ndice i Mario Hermoso, trudno uciec od wątpliwości. W ostatnim czasie mnożyły się błędy indywidualne, a profil poszczególnych zawodników nie zawsze harmonizuje z wymaganiami stawianymi przez Gasperiniego.
Znacznie solidniej wyglądają w tym zestawieniu defensywy Interu i Milanu, prowadzone przez piłkarzy, którzy w przekroju sezonu dawali więcej regularności. Napoli również miało swoje problemy, bo Alessandro Buongiorno nie stał się gwarancją, jakiej oczekiwano, a Juan Jesus często odsłaniał własne ograniczenia. W Juventusie wielkie znaczenie miał powrót Bremera, a obok niego przyzwoity poziom trzymali także Lloyd Kelly i Pierre Kalulu.
Najlepszą obroną w tym gronie może pochwalić się jednak Como, które jako jedyne spośród tych drużyn gra ustawieniem z czwórką defensorów. To efekt nie tylko dobrej organizacji, lecz także wysokiej formy poszczególnych zawodników oraz dużego wkładu bocznych obrońców. Roma nie odstaje tu całkowicie poziomem, ale różnica pozostaje zasadnicza. W ekipie Giallorossich brakuje defensywnego lidera z prawdziwego zdarzenia, takiego, który dawałby ciągłość i poczucie kontroli przez cały sezon. Mancini i Ndicka mieli swoje lepsze momenty, lecz zbyt często ich błędy okazywały się kosztowne właśnie wtedy, gdy stawka rosła najbardziej.
Na wahadłach widać brak równowagi
Na bokach boiska Roma musiała przez długi czas radzić sobie z nieobecnością Angeliño. To sprawiło, że Wesley został przesunięty na lewą stronę, a miejsce po drugiej stronie częściej zajmował Zeki Çelik. O ile do Brazylijczyka trudno mieć większe pretensje, o tyle po stronie tureckiego zawodnika braków było zdecydowanie więcej. W zestawieniu z duetem Federico Dimarco i Denzel Dumfries różnica staje się bardzo wyraźna.
W innych zespołach sytuacja także nie zawsze była idealna, jednak tam częściej udawało się zachować lepszy balans. Juventus miał Andreę Cambiaso i Westona McKenniego, Napoli korzystało z Miguela Gutiérreza lub Mathíasa Oliveiry oraz Matteo Politano, a Milan opierał się na Davide Bartesaghim i Alexisie Saelemaekersie. Niewielu z nich dorównuje Wesleyowi pod względem indywidualnych atutów, ale Roma zyskałaby bardzo dużo, mając po drugiej stronie zawodnika o podobnej użyteczności. Właśnie tu widać jedną z najważniejszych różnic między ekipą Giallorossich a rywalami. Nie chodzi wyłącznie o jakość najmocniejszego ogniwa, lecz o kompletność całej formacji.
Koné nie ma obok siebie właściwego partnera
Środek pola pozostaje jedną z największych bolączek Romy. Manu Koné potrzebuje partnera, który uzupełniałby jego profil, a Bryan Cristante nie udowodnił, że jest w stanie wejść na poziom wymagany od drużyny marzącej o Lidze Mistrzów. Tymczasem u rywali widać pary pomocników, które naturalnie się dopełniają i dają zespołowi zarówno intensywność, jak i jakość w rozegraniu.
Niezależnie od tego, czy mowa o duecie bardziej odpowiedzialnym za kontrolę gry, czy o zestawieniu opartym na dynamice i odbiorze, konkurenci Romy wyglądają pod tym względem spójniej. Także indywidualnie zawodnicy innych zespołów sprawiają wrażenie bardziej funkcjonalnych od tych, których w trakcie sezonu ustawiano obok Koné. Problem nie sprowadza się więc wyłącznie do formy konkretnych piłkarzy. Chodzi raczej o brak sensownego i trwałego zestawienia, które dawałoby drużynie odpowiednią równowagę w najbardziej newralgicznej strefie boiska.
Największy dystans do czołówki widać za napastnikiem
Jeszcze poważniej wygląda sytuacja w strefie między pomocą a atakiem. Paulo Dybala praktycznie nie odegrał w tym sezonie roli, jakiej oczekiwano, a jego przyszłość w klubie wydaje się coraz mniej pewna. Z kolei duet złożony z Matíasa Soulé i Lorenzo Pellegriniego wypada blado na tle konkurencji. Do tego dochodzą transfery, które nie przyniosły oczekiwanego efektu, przez co Roma została z formacją wyraźnie słabszą od pozostałych drużyn walczących o najwyższe cele.
W innych zespołach zawodnicy występujący bliżej napastnika potrafią regularnie dawać liczby, kreować sytuacje i brać odpowiedzialność za grę ofensywną. Como zbudowało pod tym względem wręcz maszynę do tworzenia i wykańczania akcji. Co istotne, Roma ustępuje tu nie tylko klubom formalnie silniejszym, ale także tym, które jeszcze niedawno wydawały się znajdować niżej w hierarchii. Także Atalanta czy Bologna mają w tej strefie więcej jakości, większą dynamikę i lepsze dopasowanie do wymagań futbolu, jaki chciałby oglądać Gasperini.
W ataku pojawiło się światełko, ale rewolucja i tak wydaje się nieunikniona
Najwięcej optymizmu daje dziś pozycja wysuniętego napastnika. Jeśli wykup Donyella Malena dojdzie do skutku, Roma może uporządkować przynajmniej ten fragment układanki. Holender wszedł do zespołu z dużą siłą i w krótkim czasie pokazał, że może zapewnić poziom porównywalny z czołowymi snajperami ligi. Tym bardziej że część rywali również miała w tym sezonie problemy z regularnością swoich napastników.
To jednak nie zmienia ogólnego obrazu. Rewolucja, której od pewnego czasu poszukują Friedkinowie, wydaje się uzasadniona właśnie wtedy, gdy zestawi się Romę z ligową czołówką formacja po formacji. Zbyt często okazuje się, że zespół z Wiecznego Miasta przegrywa nie detalem, lecz konstrukcją całych sektorów boiska. Pozostaje więc pytanie, w jaki sposób klub zdoła zniwelować ten dystans w letnim mercato, zwłaszcza przy ograniczeniach narzucanych przez Financial Fair Play, i kto faktycznie będzie odpowiedzialny za przeprowadzenie tej przebudowy.
Komentarze