Roma jedzie do Lecce z problemami, ale też z przekonaniem, że z kryzysu wychodzi się pracą, a nie narzekaniem.
Zawsze nadchodzi w sezonie taki moment, gdy ma się wrażenie, że wszystko to, co dobre i mozolnie budowane przez miesiące, może zostać nagle podważone jednym nieoczekiwanym potknięciem. Jedną porażką, która zmienia narrację. Są jednak trenerzy, których takie wahania nie wyprowadzają z równowagi. To właśnie często stanowi różnicę, nie tylko między szkoleniowcami, ale szerzej: między ludźmi. Bez sięgania po wielkie cytaty i autorytety, trzeba umieć traktować zwycięstwo i porażkę z tym samym dystansem. Gian Piero Gian Piero Gasperini do takich postaci należy. Żyje „tu i teraz”, potrafi odciąć się od szumu wokół drużyny, nie popadając przy tym w zniechęcenie czy nihilizm. Jeśli coś nie działa, jego odpowiedź jest zawsze taka sama: pracować dalej. I jeszcze mocniej.
Z takim właśnie nastawieniem AS Roma wyjdzie na boisko w świąteczne popołudnie Trzech Króli. O godzinie 18, na stadionie Via del Mare, bez wsparcia kibiców z Rzymu, ale z jasnym planem: z problemów trzeba się wydostać siłą mentalną i fizyczną, bez użalania się nad sobą. Owszem, kryzys kadrowy w defensywie, a dokładnie w momencie, gdy Gasperini publicznie zwracał uwagę na trudności tego sektora, nie pomaga ani nastrojom, ani przygotowaniom do meczu. Trzeba jednak zrobić z konieczności atut, nawet jeśli wokół pojawiają się próby przedstawiania trenera jako krytyka klubowych strategii. Rzeczywistość jest prostsza: Roma musi radzić sobie z tym, co ma.
Historia wyjazdów do Lecce jest dla Gasperiniego i Romy raczej korzystna. Jeszcze za czasów Atalanty jego zespoły potrafiły tam urządzać prawdziwe pokazy siły – w archiwach są zwycięstwa 4:0 czy nawet 7:2. Dzisiejsze Lecce, prowadzone przez Eusebio Di Francesco, nie sprawia wrażenia drużyny nie do ruszenia. Nie powinien mylić niedawny remis w Turynie z Juventusem – wynik, który był raczej efektem nieskuteczności rywala niż pełnej kontroli wydarzeń przez beniaminka. Jednocześnie to zespół, który rzadko oddaje punkty za darmo, walcząc o trudne utrzymanie, mający solidnego trenera i kilka ciekawych indywidualności, z wyróżniającym się bramkarzem Falcone na czele.
Optymizmem mogą napawać także liczby. W dwudziestu meczach rozegranych w Lecce – dziewiętnastu ligowych i jednym w Pucharze Włoch – Roma przegrała tylko raz. Stało się to w sezonie, gdy na ławce siedział Luis Enrique, w spotkaniu, które z czasem obrosło w legendy i półprawdy. Zanim podobne narracje spróbują przykleić się do Gasperiniego, Roma powinna zrobić jedno: wrócić na zwycięską ścieżkę na wyjazdach. Cztery porażki w pięciu ostatnich meczach poza domem to bilans, który nie przystoi drużynie z ambicjami.
Dla Gasperiniego starcie z ekipą Di Francesco będzie już dwudziestym bezpośrednim pojedynkiem trenerskim (dziś DiFra obecny tylko na trubunach). Bilans jest po stronie Gaspa: dziesięć zwycięstw, pięć remisów i cztery porażki. Bukmacherzy również wskazują Romę jako wyraźnego faworyta, mimo wszystkich problemów kadrowych. Epifania ma więc szansę stać się symbolem nowego początku. Oby rzeczywiście zabrała ze sobą wszystkie kryzysy.
Komentarze
Jeśli nie wygramy z Lecce, to sezon można uznać za normalny, czyli taki jak ostatnie sezony,do zapomnienia.
Dokładnie tak. Tylko trzy punkty, nie wyobrażam sobie tego inaczej.
Poprzednie sezonu były do zapomnienia już gdzieś koło 10 kolejki z pominięciem szarży Ranieriego. Więc przesada. Nie tracimy do topu aż tyle aby zamykać imprezę.