Porażka z Bośnią w finale baraży po raz trzeci z rzędu pozbawiła reprezentację Włoch udziału w mistrzostwach świata, a tamtejsza prasa pisze już nie o pojedynczym niepowodzeniu, lecz o bankructwie całego systemu.
Italia nie wystąpi na mundialu rozgrywanym z udziałem 48 reprezentacji. Po wcześniejszych eliminacjach ze Szwecją i Macedonią Północną tym razem drogę Azzurrim zamknęła Bośnia, która zwyciężyła w barażowym finale po rzutach karnych.
Publicyści zgodnie wskazują na odpowiedzialność władz federacji, wieloletnie zaniedbania organizacyjne i coraz wyraźniejszy sportowy regres. Pojawiają się żądania dymisji, gorzkie porównania z dawnymi sukcesami oraz przekonanie, że nieobecność Włoch na mundialu przestała być sensacją, a stała się smutnym przyzwyczajeniem. Poniżej prezentujemy najważniejsze komentarze włoskich publicystów opublikowane dziś w gazetach.
I. Zazzaroni (Corriere dello Sport): „Nieobecność w turnieju dla 48 państw jest upokarzająca”
Nasz przypadek nie jest niestety tylko kolejną wpadką, trzecią z rzędu. To namacalna porażka całego systemu. Na pierwszy rzut oka wygląda jak chwilowe niepowodzenie, ale w rzeczywistości jest kryzysem strukturalnym. Negatywnego wyniku nie spowodował błąd jednego zawodnika, zmarnowany gol, niepokazana czerwona kartka ani pech. To nie jest przejściowe fiasko. Ten rezultat pokazuje, że błędne są fundamenty, przepisy, procedury albo mentalność, na których oparto cały projekt. Zawiódł nie jeden element, lecz cały podtrzymujący go mechanizm.
Odpowiedzialność jest jasna, podobnie jak przyczyny. Można je przypisać decyzjom, zaniedbaniom i konkretnym działaniom określonych osób, ponoszących odpowiedzialność osobistą oraz polityczną w sporcie. To znacznie szerszy problem organizacyjny, społeczny i ideologiczny. Przeszłość nie wraca, lecz historia widzi bardzo wyraźnie. Były czasy, kiedy pokonywaliśmy Zico, Sócratesa, Júniora, Passarellę, Maradonę, Rummeniggego i Stielikego. Dziś męczymy się przeciwko czterdziestolatkowi z ogromną liczbą kilometrów w nogach oraz grupie ambitnych zawodników.
Bośnia nas zdominowała, sprawiła, że cierpieliśmy i brakowało nam oddechu. Jeden po drugim wychodziły wszystkie nasze wady, spadki koncentracji i problemy fizyczne. Ani przez chwilę nie byliśmy agresywni. Ulegliśmy pragnieniu zwycięstwa i determinacji zespołu, którego dzisiaj nie potrafię już uznać za słabszy od naszego. Donnarumma utrzymywał nas w meczu co najmniej trzy razy, dlatego pytam, jak piłkarze tacy jak Dimarco, Calafiori, Locatelli, Barella czy Politano mogli zostać zdominowani w tak ważnym spotkaniu.
Awans stał się kwestią godności narodowej. Brak miejsca w turnieju otwartym dla 48 reprezentacji jest wręcz upokarzający. Ci, którzy podpisali się pod tym projektem, chcieli go i wspierali, nie mogą przetrwać trzeciej porażki. Do domu. Tak jak my. Niech każdy weźmie na siebie własną odpowiedzialność.
S. Agresti (La Gazzetta dello Sport): „To Wembley było wyjątkiem, nie trzy kolejne nieobecności na mundialu”
Dokonała się kolejna katastrofa, a na włoski futbol spadła następna porażka. Niemal w to nie wierzymy, nie chcemy uwierzyć, choć powinniśmy już być przygotowani. Zdarzyło się to przecież dwa razy wcześniej, w dwóch poprzednich eliminacjach, a jednak nadal wydaje się niemożliwe, że nie będzie nas na mistrzostwach świata również przyszłego lata. Po Szwecji i Macedonii Północnej teraz Bośnia wyrzuciła nas z turnieju, który zawsze uważaliśmy niemal za własność Włoch. Wygraliśmy go przecież cztery razy, częściej zrobiła to tylko Brazylia. Najwyraźniej nie jest już nasz.
Czy mamy okoliczności łagodzące? Nie, nawet jeśli w Zenicy otrzymaliśmy pewne powody do protestów. Po tej porażce rzeczywistość ma jednak zupełnie inny kształt. To jednoznaczna degradacja. Najnowsza historia mówi jasno i od tego należy rozpoczynać każdą analizę: wyjątkiem nie są trzy kolejne nieobecności na mundialu, lecz triumf sprzed pięciu lat na Wembley. Wtedy przekroczyliśmy własne możliwości. Normalność opowiada dziś zupełnie inną, wręcz przeciwną historię. Normalnością jest niestety to, co pokazał nam niewielki stadion w Zenicy.
Gattuso zawiódł w najważniejszym meczu. Byłoby jednak niesprawiedliwe obarczać winą wyłącznie Rino. Skoro przed nim nie poradzili sobie Ventura, Mancini i Spalletti, oznacza to, że problem nie znajduje się jedynie na ławce. Trudno mimo wszystko wyobrazić sobie, by reprezentacja rozpoczęła odbudowę z selekcjonerem, który doprowadził ją do tak poważnej porażki. Jeżeli Gravina zdoła utrzymać stanowisko także tym razem, mimo rozczarowania milionów kibiców Azzurrich, ustanowi podwójny rekord: przegranych mundiali i odporności na konsekwencje.
G. Vaciago (Tuttosport): „Trzeci mundial przed telewizorem musi przynieść konsekwencje”
A teraz wszyscy precz. Całkowity reset nigdy nie jest rozwiązaniem, ale może być lekarstwem. Trzeci mundial oglądany z pozycji widza musi przynieść konsekwencje na każdym poziomie włoskiego futbolu. Nie można unikać winy, odpowiedzialności i wyroków. Cofając się od błędów Esposito i Cristante w serii rzutów karnych, trzeba prześledzić długi łańcuch małych oraz wielkich pomyłek, strategicznych katastrof i politycznego bezruchu służącego wyłącznie prymitywnemu utrzymaniu władzy.
Od dwunastu lat powtarzamy te same rzeczy, a przez ostatnie osiem lat federacją zarządza ten sam prezes, Gabriele Gravina. Skoro po raz trzeci z rzędu pozostajemy z tym samym smutkiem w sercu i tą samą frustracją w myślach, oznacza to, że cały ten czas został zmarnowany. Ktoś musi za to odpowiedzieć.
Na mundial pojedzie 48 drużyn, podczas gdy FIFA zrzesza 211 federacji. Oznacza to, że zakwalifikuje się niemal jedna na cztery. Ta prosta arytmetyka mierzy przepaść, w którą włoski futbol runął wczoraj wieczorem. A właściwie przepaść, w której znajduje się już od dłuższego czasu i której rozmiary nierówna murawa w Zenicy potwierdziła w sposób bezlitosny oraz szyderczy. Bo zostaliśmy również skrzywdzeni. Nie wygląda się najlepiej, krzycząc o tym po takiej porażce, ale trzeba to powiedzieć i podkreślić. Jest to bowiem kolejny sygnał pokazujący, kim staliśmy się na arenie międzynarodowej: drużyną, której się nie szanuje, ponieważ najwyraźniej przestała być wiarygodna.
A. Sorrentino (Il Messaggero): „Najciemniejsza godzina w 116-letniej historii reprezentacji”
To trzeci raz z rzędu. Teraz wystarczy. Odpowiedzialni za tę ostateczną katastrofę muszą odejść, nawet jeśli prezes federacji Gravina, kiedy porażka jest jeszcze gorąca, próbuje kurczowo trzymać się stanowiska. Smutny mecz w Bośni był wypełniony błędami i nieudolnością naszych piłkarzy, począwszy od przerażającego Bastoniego, który brał udział we wszystkich ostatnich katastrofach Włoch i Interu, a zakończył się groteskową serią rzutów karnych. Była to najciemniejsza godzina w 116-letniej historii reprezentacji.
Ponad wiek tradycji, bohaterów i emocji. Miliony kibiców oraz kolejne pokolenia, których pasja miała sens, bo byliśmy wielkim włoskim futbolem i z podniesioną głową wychodziliśmy w świat. Wygrywaliśmy i przegrywaliśmy, ale na Jowisza, byliśmy Italią, byliśmy Azzurrimi. Dziś w piłce nie jesteśmy już nikim i nic nie znaczymy. Barbarzyńskie najazdy zrównały nas z ziemią, dlatego wy, cesarze wraz ze swoimi dworzanami, wyświadczcie nam ogromną przysługę: podajcie się do dymisji. Wszyscy. Działacze, którzy doprowadzili nas do tego miejsca, oraz wszystkie części włoskiego futbolu, które rok temu ponownie wybrały te władze absurdalnym wynikiem 98 procent.
Wstyd. Teraz rozpoczną się oczywiście medialne procesy. Są bardziej spóźnione niż kiedykolwiek, ponieważ także prasa sportowa ponosi ogromną odpowiedzialność za to, że od lat rezygnowała z poważnego i konstruktywnego krytycyzmu. Wolała towarzyszyć statkowi zmierzającemu ku katastrofie, nadal grając na trąbkach, skrzypcach i całą orkiestrą, nawet gdy postępująca małość włoskiego futbolu stała się już oczywista.
P. Condò (Corriere della Sera): „Nie ma już Tottiego ani Grosso, a sam Gattuso nie wystarczył”
Mecz, który przyniósł trzecią z rzędu mundialową porażkę, był pojemnikiem pełnym sytuacji o różnym znaczeniu. Trudno je rozkodować poza presją barażu, aż do serii rzutów karnych, która odcięła ostatnią nadzieję. Italia prowadziła do dziesięciu minut przed końcem dzięki bramce podarowanej przez bośniackiego bramkarza, lecz cierpiała jeszcze zanim Bastoni zwieńczył swój fatalny rok czerwoną kartką godną debiutanta. Wtedy Gattuso ustawił autobus przed bramką. To nigdy nie jest strategia godna zaufania, choć po dwudziestu minutach duszenia się Italia wreszcie wynurzyła się na powierzchnię i stworzyła trzy sytuacje na drugiego gola, w tym jedną znakomitą.
Mówiono, że Bośnia u siebie nie postawi zasieków, bo jaki sens ma korzystanie z rozgrzanego stadionu, jeśli czeka się wyłącznie na rywala? I rzeczywiście tak było. Gdy Bałkańczycy do otwartej postawy dołożyli jednak podarowaną bramkę, ponieważ Barella i Kean z zimną krwią wykorzystali katastrofalny prezent Vasilja, scenariusz taktyczny stał się oczywisty. Bośnia atakowała, Italia miała zarządzać wynikiem. To również powinno być dziedzictwem naszej przeszłości. Kiedyś potrafiliśmy usypiać mecze, teraz nie wystarczyła nam nawet kołysanka. Brak nacisku na skrzydłowych rywala pozwolił im posyłać w pole karne wiele piłek. Zdecydowanie za wiele.
Czarna chmura wisząca nad głowami Azzurrich ostatecznie przyniosła gola dającego dogrywkę, a Turpin nie zauważył, że Džeko dotknął piłkę ręką. Jakby posłuszna odruchowi zapisanemu w historii Italia w ostatnich pięciu minutach spróbowała jeszcze desperackiego ciosu, przesuwając grę wyżej. Trochę jak w meczu z Australią na mundialu w 2006 roku, gdy Totti i Grosso stworzyli akcję zakończoną rzutem karnym, by uniknąć dogrywki w dziesięciu przeciwko jedenastu. Tottiego jednak nie ma. Grosso również. A sam Gattuso nie wystarczył.
M. Crosetti (La Repubblica): „Dramat stał się przyzwyczajeniem”
Dramat polega na tym, że to już nie jest dramat, lecz przyzwyczajenie. Tacy właśnie jesteśmy. Znaczymy niewiele więcej niż nic i odpadliśmy. Wątpliwe, by Włosi cierpieli bardziej niż poprzednio, choć sportowo taki koniec nadal boli. Wszyscy do domu? Przecież już w nim jesteśmy. To właśnie tam mieszkamy. Nie wychodzimy już poza podwórko naszej przeciętnej ligi. W marcu nie ma nas w Champions League, więc jak mielibyśmy pojechać na mundial?
Coraz więcej dzieci nigdy nie widziało Azzurrich na mistrzostwach świata. Niedługo zaczną się zakochiwać, zaręczać i brać śluby, a Italia nadal będzie siedzieć w domu. Jest Dimarco, który świętował przed ekranem, gdy Bośnia awansowała do rzutów karnych, a potem sam nie mógł wykonać jedenastki, kiedy Bośnia ponownie przeszła dalej. Pełna zemsta losu. I zasłużyliśmy na nią. Homer był amatorem.
A co powiedzieć o federacji? Jej władze powinny odejść już po komediowym Euro. Zostały na stanowiskach i teraz mamy kolejną komedię. Za cztery lata w marcu przedstawią zapewne piękny plan odbudowy szkolenia młodzieży. To możliwe. Reprezentacja wyraża niedojrzałość i przeciętność. Tacy jesteśmy i niczego nie robimy, żeby stać się kimś lepszym. Wszystko spływa po nas, nawet przygnębiające komentarze telewizji Rai. Przejście od Pizzula do Adaniego jest jak przejście od Pirlo do Cristante. Bez obrazy.
M. De Giovanni (La Stampa): „Italia nie jedzie na mundial, a nie słychać już nawet krzyku rozpaczy”
Pierwszym odruchem, przyznaję, było naciśnięcie czerwonego przycisku na pilocie. Żadnych komentarzy, żadnych powtórek najważniejszych akcji, żadnych wywiadów. Jakby usunięcie programu pomeczowego mogło wymazać sam mecz. Przecież to się nigdy nie wydarzyło, ten mecz nie został rozegrany. To nieprawda. Po prostu nieprawda, że opuszczamy również ten mundial.
Rozejrzałem się i nie zobaczyłem nikogo. Lud mojego salonu, zwykle licznie zgromadzony podczas ważnych spotkań, tym razem się nie pojawił. Wszyscy byli zajęci czymś innym albo zwyczajnie niewiele ich to obchodziło. Myśl nieuchronnie powędrowała do czasów, gdy byłem chłopcem, a odpadnięcie Italii z mundialu doprowadziłoby mnie nawet do łez. Dzisiaj Italia nie jedzie na mistrzostwa świata i nie słychać nawet krzyku rozpaczy. Trzeba przyjąć do wiadomości, że wszystko się zmieniło.
To tylko piłka nożna, oczywiście. Ulotna i powierzchowna futbolówka tocząca się po trawie. Sport najczęściej oglądany, ale już niekoniecznie najbardziej ceniony. Młodzi wiążą swoje emocje i zachwyt z Kimim, Jannikiem, Brignone, Egonu, Battocletti albo Paolini. I słusznie, niech żyją zwycięzcy. To także występy przypominające fast food: indywidualne i błyskawiczne wyczyny. Nie trzeba siadać tydzień po tygodniu przez wiele miesięcy, by zrozumieć, czy ktoś ostatecznie coś wygrał.
Sam futbol stał się sportem skrótów. Liczy się pojedynczy gest techniczny pokazany z czternastu różnych ujęć. Gwiazda pozostaje gwiazdą i śledzi się właśnie ją, niezależnie od tego, jaką nosi koszulkę, w kraju czy za granicą. Stojąc przy oknie i patrząc na niewiarygodnie zwyczajny wieczór w niezwyczajnym mieście, pomyślałem jednak, że nie tyle zmieniła się piłka nożna. Zmieniły się oczy, którymi patrzymy na własny kraj.
Komentarze