Po 2745 dniach frustracji Roma wraca do Ligi Mistrzów. Giallorossi znów będą mogli zagrać na największej europejskiej scenie, a Gian Piero Gasperini spełnia swoje marzenie już przy pierwszym podejściu.
Il Messaggero – Giuseppe Cervellera | 6 marca 2019 roku Roma pożegnała Ligę Mistrzów po koszmarnej nocy w Porto. Nikt wtedy nie przypuszczał, że na kolejny występ w tych rozgrywkach przyjdzie czekać aż 2745 dni. Siedem lat w futbolu to niemal epoka. W tym czasie były piąte, szóste i siódme miejsca w Serie A, europejskie trofea, finał Ligi Europy, zmiana właściciela oraz sześciu trenerów. Jednego brakowało jednak niezmiennie: Champions League.
Roma przez te siedem lat nie przesiedziała przecież w europejskim kącie. W 2022 roku wygrała pierwszą edycję Ligi Konferencji, pokonując Feyenoord w Tiranie, a rok później dotarła do finału Ligi Europy z Sevillą. Były też kolejne występy w fazie pucharowej tych rozgrywek, w tym trzy ćwierćfinały i dwa półfinały. Europa dawała więc romanistom emocje, ale nie była tym samym co Liga Mistrzów. Największą scenę oglądali z boku.
W tym czasie zmieniło się niemal wszystko. Pallottę zastąpili Friedkinowie, klub przechodził przez kolejne zmiany organizacyjne, a na ławce trenerskiej pojawiali się następni szkoleniowcy. W kadrze byli zarówno zawodnicy stworzeni do wielkich meczów, jak i tacy, którzy nigdy nie powinni odgrywać w Romie pierwszoplanowej roli. Champions League jednak pozostawała poza zasięgiem.
Dla Gasperiniego powrót do tych rozgrywek ma szczególne znaczenie. Liga Mistrzów była jego niespełnionym marzeniem. Początki nie były przy tym zachęcające: z Interem zaliczył jeden występ i porażkę z Trabzonsporem, a później przyszły trzy kolejne przegrane z Atalantą. Z czasem wszystko się zmieniło. Gasperini stworzył w Bergamo zespół młody, odważny, techniczny i ambitny, który potrafił nie tylko pojawić się w Europie, ale również dobrze się w niej czuć.
Do Romy trafił więc trener, który doskonale wiedział, czego mu brakowało. I nie musiał czekać długo. Po trudnym sezonie, naznaczonym wewnętrznymi konfliktami i problemami z kompletnością zespołu, doprowadził Giallorossich do Champions League już za pierwszym podejściem.
Teraz jednak sama kwalifikacja nie ma być końcem historii. Gasperini chce przede wszystkim dobrze wypaść w Serie A, ale jednocześnie doskonale zdaje sobie sprawę, że europejskie mecze wymagają czegoś więcej. „Aby grać w takich spotkaniach, trzeba podnieść poziom”, powtarzał trener. I właśnie to będzie największym wyzwaniem.
Roma ma za sobą już dwa szczególne debiuty na największej europejskiej scenie. W 1983 roku, przy pierwszym podejściu do Pucharu Europy, dotarła aż do finału z Liverpoolem. Pierwszy występ w Champions League przyniósł natomiast domową porażkę z Realem Madryt 11 września 2001 roku, w niezwykłych okolicznościach po zamachach na World Trade Center.
Dzisiejszy wieczór można więc potraktować jako trzeci początek. Obecna Roma nie ma kadry najlepszej w swojej historii i trudno stawiać ją w jednym szeregu z niektórymi poprzednimi zespołami Giallorossich. Ma jednak coś, czego przez lata często brakowało: wyraźną tożsamość. Gasperini zbudował drużynę nastawioną na ofensywę, intensywność i wysokie tempo.
Po 2745 dniach Roma wraca więc do raju. Tym razem nie po to, by tylko przypomnieć sobie, jak wygląda Liga Mistrzów. Giallorossi mają zamiar sprawdzić, czy wciąż potrafią zrobić na tej scenie coś więcej niż tylko dobrze wyglądać w kadrze.
Komentarze