Po meczu z Como, lokalny dziennik uderzył w kapitana AS Roma, przekraczając granice sportowej polemiki i sięgając po oskarżenia o charakterze społecznym.
Tuż po meczu na pierwszy plan wysunęła się publikacja dziennika „La Provincia di Como”, który w ostrych słowach zaatakował Gianlukę Manciniego. Kapitan Romy został przedstawiony nie jako piłkarz grający twardo i na granicy faulu, lecz jako postać symbolizująca rzekomą społeczną patologię. Autor tekstu porównał jego boiskowy charakter do „prowincjonalnego dręczyciela”, który agresją ma maskować wewnętrzną pustkę i nieumiejętność funkcjonowania w świecie. Była to reakcja na boiskowe spięcia z udziałem Manciniego i Ramona, które po końcowym gwizdku zostały jednak wyraźnie zbagatelizowane przez obu zainteresowanych oraz trenera Como Cesca Fàbregasa, opisującego całe zajście jako zwykłą, emocjonalną rozmowę boiskową, przeprowadzoną z wzajemnym szacunkiem i bez przekroczenia granic.
Gianluca Mancini jest jednym z symboli dzisiejszej Romy, piłkarzem o silnym charakterze i wyrazistej osobowości. Krytyka sportowa jest czymś naturalnym, ale sięganie po pojęcia takie jak dręczenie czy mobbing w odniesieniu do boiskowych zdarzeń prowadzi na bardzo śliski grunt.
Media społecznościowe potrafią uczynić viralem wszystko to, co kiedyś pozostałoby jedynie tematem rozmowy przy stoliku w prowincjonalnym barze. Opinie, interpretacje i emocjonalne sądy krążą dziś swobodnie w przestrzeni, którą Umberto Eco określał mianem „legionu imbecyli”. Problem pojawia się wtedy, gdy język i uproszczenia typowe dla social mediów przenikają także do tradycyjnych mediów, zyskując znacznie większy zasięg i wagę.
W takich momentach warto zatrzymać się na chwilę i wziąć odpowiedzialność za słowa. Zwłaszcza gdy mowa o sprawach poważnych. W ostatnich dniach, przy okazji boiskowych spięć, zaczęto publicznie używać określeń takich jak „bullismo” czy „mobbing”. Porównywanie twardej, momentami konfrontacyjnej gry w piłkę nożną do realnych zjawisk przemocy psychicznej czy systemowego nękania wymaga ogromnej ostrożności, doświadczenia i świadomości ciężaru tych pojęć. Być może także dystansu, który pozwala oddzielić emocje sportowe od rzeczywistych problemów społecznych.
Zanim padną tak mocne słowa, należałoby dokładnie zrozumieć kontekst wydarzeń i zapoznać się z faktami. Dopiero potem można szukać metafor, nawet ostrych i niewygodnych, ale nieprzekraczających granic etyki dziennikarskiej w imię lokalnego zacietrzewienia. Bardzo łatwo jest bowiem, chcąc piętnować rzekomą arogancję, samemu popaść w agresję językową i zamienić pióro służące opisywaniu faktów w narzędzie wydawania wyroków. A to powinno mieć miejsce wyłącznie wtedy, gdy mówimy o prawdziwej przemocy, nie o futbolowym starciu na murawie.
Nazywanie Gianluki Manciniego dręczycielem czy agresorem być może przynosi chwilową satysfakcję autorom i poklask w komentarzach. Być może daje poczucie moralnej wyższości po bolesnej porażce sportowej. Jednocześnie jest jednak policzkiem dla tych, którzy naprawdę doświadczyli dręczenia lub mobbingu w życiu prywatnym czy zawodowym. Dla nich nie są to publicystyczne figury ani skróty myślowe, lecz realne dramaty.
Nie chodzi o to, by Manciniego bezkrytycznie bronić. Jest dojrzałym, 29-letnim piłkarzem, jednym z kapitanów Romy i zawodnikiem z najdłuższym stażem w klubie po Lorenzo Pellegrinim. Jako piłkarz może być oceniany, również surowo. Jego momentami przesadna ekspresja, dyskusje z rywalami czy sędziami są elementem gry, który można analizować i krytykować. To w pełni uprawnione.
Czym innym jest jednak przenoszenie tej oceny na grunt osobisty. Określanie go jako „wirusa codzienności” czy podważanie jego zdolności do funkcjonowania w społeczeństwie nie jest już analizą sportową, lecz personalnym atakiem. To próba literackiej pozy, która bardziej przypomina wylewanie żółci niż świadome operowanie słowem. Ambicja, by brzmieć jak Somerset Maugham, nie zastąpi ani warsztatu, ani odpowiedzialności.
Mancini jest ojcem trójki dzieci i punktem odniesienia dla wielu młodych piłkarzy w Romie. Poza boiskiem nie jest bohaterem skandali, a jego życie prywatne nie powinno stawać się narzędziem publicystycznych rozliczeń. Można lubić jego sposób interpretowania futbolu albo go nie akceptować. To naturalne w sporcie.
Autor tych słów wychował się na piłce lat 90., w których podobne spięcia były codziennością i nikogo nie szokowały. Widzieliśmy piłkarzy o twardym charakterze, takich jak Chiellini, Materazzi, Montero czy Stam, i nikt nie dopatrywał się w nich zagrożenia społecznego. Dzisiejsze próby moralizowania boiskowej sprzeczki często nie są wymierzone w zawodnika, lecz w człowieka. Tak bywało wcześniej z Daniele i Francesco. Cel pozostaje ten sam.
Jeśli już ktoś decyduje się na ostrą krytykę, warto robić to z rozwagą i świadomością konsekwencji. Bez nadużywania słów, które dla wielu znaczą znacznie więcej niż chwilowy futbolowy spór.
Komentarze
Do dzisiejszych młodych to nic nie można nawet powiedzieć bo już u psychologa na kanapie lądują
Niestety lub na szczęście Mancini to Mancini i raczej się nie zmieni , mi osobiście nie podobają się te jego coraz częstsze spięcia i boję się że przykleją mu łatkę , ale on tak grał zawsze , czasem przesądza , ale to jego sposób na osiągniecie celu, z reguły gra po prostu twardo i cwaniacko , gdyby tyle nie dyskutował myślę że nikt by nie zauważył większości tych zajść, widać że mu bardzo zależy i dla mnie to go trochę rozgrzesza w tym wszystkim
A ja jestem ciekawy, czy rzeczony dziennik tak bardzo się oburzył po tym jak Folorunsho wyzywał matkę Hermoso? Czy po prostu ból dupy po przegranym meczu i trzeba bić pianę?
Gdyby był piłkarzem Juve (vide Chiellini), czy Interu (vide Materazzi), to byłyby peany nad jego charakterem i boiskowej bezczelności. Manciniemu bardzo daleko do poziomu w/w piłkarzy, i często swoje braki "nadrabia" różnymi odpałami – czasem mam wrażenie typowo pod publiczkę. Ale taka nagonka jest głównie dlatego, że gra dla Romy, której (o nie!) dobrze sie ostatnio wiedzie. Także psy szczekają, karawana jedzie dalej.
Tzw. smack talk czyli pieprzenia głupot w celu wyprowadzenia kogoś z równowagi i rytmu to przecież zagrywka stara jak świat w sa9evje sportu. Oczywiście na boisku dochodzi pressing,kursanci i nadmierna ostrość. To element sportu .
Wystarczy powiedzieć, że prekursorami tego w świecie sportu był legendarny Lary Bird a tym który ponocbyl jescze lepszy był Sir Air Jordan.
Manciniego niewiele z nimi łączy bo robił to ostatnio tak nieudolnie i widocznie, ze powinien wylecieć ale to żadna nowość
Smack? Chyba trash talk xD
Jeden pies…
To że Mancini nie wyleciał z boiska, to naprawdę cud. Od początku meczu był naładowany jakby się naćpał i nie podobało mi się to. Osobiście uważam, że na boisku nie powinno być miejsca na wulgarne chamstwo i bandytyzm. Nie na tym polega sport kontaktowy. Jasne że w walce różnie bywa. Oczywiście te prowokacje trudno też wyłapać i piłkarze muszą być na to odporni, to się nie skończy. Najlepiej by było jakby piłkarze nie gadali tylko grali :) Natomiast przenoszenie tego wszystkiego na prywatne życie Manciniego, jakieś psychoanalizy itp. to już mocne przegięcie.
Być może ten bodiczek w Ramona był lekko przesadzony, ale to nie zmienia faktu że taki piłkarz jak Mancini zawsze potrzebny jest w składzie.