Nie o konflikt tu chodzi

Wokół Romy znów zrobiło się głośno, ale nie z powodu tego, co dzieje się na boisku. Po kontrowersyjnym wywiadzie Claudio Ranieriego przed meczem z Pisą uwagę wielu przesunęła się w stronę domniemanego konfliktu z Gian Piero Gasperinim, choć prawdziwy problem klubu leży dziś gdzie indziej.

fot. © asroma.com

Chiesa di Totti – J. Miotto | W ostatnich dniach rozmowa o Romie zaczęła coraz wyraźniej odsuwać się od futbolu, a coraz mocniej ciążyć ku historii znacznie bardziej kuszącej dla mediów i kibicowskiej wyobraźni. Chodzi oczywiście o rzekomy narastający konflikt między Gasperinim a Ranierim, o różnice zdań dotyczące zarządzania kadrą i przyszłości drużyny, o wizję walki o wpływy, która miałaby tłumaczyć wszystko to, co w Romie nie działa. To opowieść zgrabna, atrakcyjna i wygodna, bo porządkuje chaos jednym prostym obrazem. A właśnie dlatego z dużym prawdopodobieństwem rozmija się z istotą sprawy.

Bo nawet jeśli między tymi dwoma wielkimi postaciami włoskiego futbolu rzeczywiście istnieje napięcie, a coś takiego można już dziś ostrożnie założyć, to nie ono jest przyczyną obecnych problemów Romy. Roma nie osuwa się przez wewnętrzny rozłam i nie przegrywa dlatego, że Gasperini z Ranierim przestali patrzeć w tę samą stronę. Klub znajduje się raczej w znacznie bardziej przyziemnym, ale i znacznie boleśniejszym momencie: po raz kolejny staje przed realnym ryzykiem, że nie zakwalifikuje się do Ligi Mistrzów. I to właśnie presja tego możliwego niepowodzenia zaczyna przenikać wszystkie poziomy funkcjonowania klubu.

Punkty zapalne są zresztą dość typowe. Mówi się o odmiennym spojrzeniu na Lorenzo Pellegriniego, o różnicach w myśleniu o rozwoju kadry w warunkach ograniczeń finansowych i zasad Finansowego Fair Play. Ale przecież to nie są problemy wyjątkowe ani specyficznie „rzymskie”. Takie napięcia pojawiają się w każdej organizacji, która próbuje przekuć plany w rzeczywistość. Gasperini, trener zbudowany na konsekwencji, systemie i obsesyjnym dopracowywaniu własnych idei, naturalnie skłania się ku ciągłości, dyscyplinie i precyzji. Ranieri, dziś w roli bardziej doradczej, musi patrzeć szerzej: nie tylko na tu i teraz, ale też na trwałość projektu, na ograniczenia strukturalne, na bilans między bieżącą potrzebą wyniku a długofalową równowagą. W normalnych warunkach taki układ jest czymś zdrowym, nie niepokojącym.

Jeszcze niedawno tabela zostawiała Romie przestrzeń dla ostrożnego optymizmu. Różnice punktowe były niewielkie, margines błędu wciąż istniał i można było wierzyć, że seria lepszych wyników ustabilizuje miejsce w pierwszej czwórce. Zamiast tego stało się odwrotnie. Przestrzeń na pomyłkę skurczyła się niemal do zera, a wraz z tym zaczęło osuwać się także podstawowe założenie sezonu. Kiedy Liga Mistrzów przestaje być celem realnie uchwytnym, cały wewnętrzny rachunek w klubie się zmienia. Każda decyzja zaczyna być podejmowana pod ciężarem rozczarowującego sezonu. Wymagania taktyczne, które wcześniej można było traktować jako ambitne, zaczynają być odczytywane jako być może niedostosowane do realnych możliwości kadry. I przede wszystkim przestaje działać najprostsza zasada futbolu: kiedy wygrywasz, wszystko da się przykryć.

Ten mechanizm było widać bardzo wyraźnie w porażce z Interem. Sama przegrana z drużyną, która najprawdopodobniej sięgnie po scudetto, nie byłaby jeszcze kompromitacją. Problem polegał na sposobie, w jaki Roma ten mecz przegrała. Zniknęło wszystko to, co wcześniej czyniło ten sezon choćby częściowo obiecującym. Roma wyglądała jak zespół, który wciąż szuka sensu, a Gasperini jak trener próbujący pogodzić własną wymagającą tożsamość z drużyną, która tylko okresami jest w stanie jej sprostać. I właśnie wtedy narracja przesuwa się bardzo łatwo: z pytania o to, czym Roma mogłaby się stać, do pytania o to, czym właściwie jest teraz. A kiedy dochodzi do takiej zmiany, bardzo trudno odróżnić rzeczywisty spór od medialnej potrzeby opowiadania konfliktu tam, gdzie z boiska nie przychodzą już wystarczająco dobre odpowiedzi.

Warto też podkreślić, że nic z tego, co dziś się raportuje, nie jest szczególnie egzotyczne. Spory o rolę kapitana, o to, czy dalej pchać projekt w tę samą stronę, czy może delikatnie go skorygować, o to, jak wydawać ograniczone zasoby, są absolutną codziennością w klubach próbujących zasypać przepaść między ambicją a rzeczywistością. Jedyna różnica polega na tym, że Roma nie ma już wyników, które pozwalałyby te rozmowy zatrzymać za zamkniętymi drzwiami. Kiedy wygrywasz, podobne debaty nazywa się współpracą. Kiedy nie wygrywasz, nazywa się je konfliktem. Treść tych napięć nie zmienia się aż tak bardzo, jak sposób, w jaki są odbierane.

Dlatego wizja nieodwracalnego pęknięcia między Gasperinim a Ranierim wydaje się przesadzona. Bardziej prawdopodobne jest to, że klub po prostu zaczyna godzić się z tym, iż sezon nie rozwija się tak, jak powinien, i reaguje na to zgodnie z własną logiką. Frustracja Gasperiniego, jeśli rzeczywiście narasta, wygląda raczej jak frustracja trenera, który wie, że jego margines błędu już się skończył. Większa widoczność Ranieriego przypomina natomiast ruch właścicieli, którzy chcą mieć przy projekcie spokojną, zaufaną rękę, gdy przychodzi moment myślenia o tym, co dalej.

Najbardziej niewygodna prawda może zresztą być jeszcze prostsza: obaj mogą mieć rację i mimo to Roma może nie osiągnąć celu. Gasperini może słusznie domagać się ciągłości i lepszego wykonania własnych założeń. Ranieri może równie słusznie myśleć o równowadze, trwałości i szerszym planie. Tyle że żadna z tych racji nie będzie miała większego znaczenia, jeśli drużyna nie zacznie dawać wyników potrzebnych do awansu do Ligi Mistrzów. I właśnie w tym tkwi pułapka, w którą Roma sama się wpędziła.

Ten sezon od początku był budowany wokół pierwszej czwórki. Dlatego klub inwestował w nowych piłkarzy, dlatego zatrudnił Gasperiniego, dlatego próbował korygować błędy także zimą, kiedy część letnich ruchów okazała się nietrafiona. Im bardziej ten cel się oddala, tym większego ciężaru nabiera wszystko inne. Każda wypowiedź, każdy gest, każda różnica zdań. I właśnie dlatego każda rozmowa o napięciach wewnątrz Romy musi być osadzona w tym kontekście. Inaczej zostaje tylko plotka, a plotka bardzo rzadko pomaga wygrać mecz.

Komentarze

Komentarze są wyłączone dla archiwalnych wpisów.