Mourinho, czyli człowiek, który nawet z porażki potrafi zrobić historię

Dziś na Netflixie premiera dokumentalnego serialu o José Mourinho. Wśród wielkich triumfów Portugalczyka znalazło się również miejsce dla Romy — klubu, z którym, jak sam przyznaje, nie wygrałby Ligi Mistrzów, ale był szczęśliwy.

fot. © asroma.com

Dziś na Netflixie pojawia się José Mourinho, a właściwie trzyodcinkowy serial dokumentalny o José Mourinho, zatytułowany po prostu „Mourinho” — i trudno się dziwić, bo jeśli przez ponad dwadzieścia lat konsekwentnie buduje się markę opartą na własnym nazwisku, to przychodzi w końcu moment, kiedy nazwisko może spokojnie robić za tytuł. Mourinho ma zresztą o czym opowiadać: Porto, Chelsea, Inter, Real Madryt, dwie Ligi Mistrzów, mistrzostwa w kilku krajach, dziesiątki trofeów, a po drodze niezliczone wojny, konferencje prasowe i wypowiedzi, które przez lata były niemal osobną dyscypliną sportową; jest też Roma i właśnie o niej Mourinho mówi dziś chyba najciekawiej.

Nie dlatego, że był to jego największy sukces — wręcz przeciwnie, w jego gablocie Liga Konferencji wygląda mniej więcej jak medal z turnieju osiedlowego zawieszony obok olimpijskiego złota — tylko dlatego, że dla Romy ten puchar znaczył znacznie więcej, niż wynikałoby z jego miejsca w europejskiej hierarchii, a Mourinho doskonale rozumiał tę różnicę. Mówi, że to, co zrobił z Porto na początku kariery, zrobił później również w Romie, przy czym nie chodzi mu oczywiście o rangę trofeum, tylko o punkt wyjścia i o to, ile można było z danego zespołu wycisnąć, a tutaj, chcąc nie chcąc, trzeba się z nim zgodzić: Roma nie była wtedy Interem z Eto’o, Sneijderem i Zanettim, nie była Realem z Cristiano Ronaldo, nie była Chelsea, w której niejeden problem można było rozwiązać, wpisując odpowiednią kwotę na odpowiednim formularzu, tylko była Romą — klubem wielkim historią, kibicami, miastem i legendami, ale sportowo od lat trochę jak człowiek, który regularnie kupuje karnet na siłownię, a efektów jakoś nie widać.

Mourinho przyjechał więc do Rzymu z całym swoim dobrodziejstwem inwentarza: ogromnym ego, wielką osobowością, potrzebą kontrolowania narracji i przekonaniem, że zawsze trzeba znaleźć przeciwnika, z którym można się trochę pokłócić, a Rzym okazał się pod tym względem miejscem idealnym — byli sędziowie, federacja, dziennikarze, właściciele, trenerzy, piłkarze, konferencje i mecze, po których człowiek zaczynał się zastanawiać, czy ogląda futbol, czy może eksperyment społeczny dotyczący granic ludzkiej cierpliwości; a potem była Tirana, Liga Konferencji i pierwszy europejski puchar w historii Romy, czyli coś, co z perspektywy Mourinho może wyglądać skromnie, ale z perspektywy kibica Romy było wydarzeniem historycznym, bo spróbujmy powiedzieć komuś, kto wtedy świętował na ulicach Rzymu, że wygrał „tylko” Ligę Konferencji.

I właśnie dlatego tak ciekawe jest zdanie Mourinho, że „nie wygrałby Ligi Mistrzów w Rzymie, ale był szczęśliwy”, bo przecież przez większą część swojej kariery był człowiekiem od wygrywania, wielkich klubów, wielkich meczów i wielkich deklaracji, a w jego świecie drugie miejsce nie było specjalnie atrakcyjnym miejscem do zamieszkania; tymczasem teraz mówi o szczęściu, nie o tym, że powinien był dostać więcej pieniędzy, nie o tym, że zarząd go zawiódł, nie o sędziach i nawet nie o tym, że ktoś nie zrozumiał jego geniuszu, tylko o szczęściu, co być może oznacza po prostu, że człowiek z czasem zaczyna inaczej patrzeć na własne życie — kiedy ma się dwie Ligi Mistrzów, mistrzostwa, puchary i całą resztę, kolejny trofeum przestaje być wyłącznie kolejnym trofeum, a zaczynają zostawać ludzie, miejsca i emocje.

Porto było początkiem legendy, Inter jej kulminacją, Real Madryt wielką próbą, a Roma była chyba czymś trochę innym, bo tam Mourinho nie dostał wszystkiego, czego chciał, i nie osiągnął wszystkiego, czego od niego oczekiwano, ale dostał coś, czego nie da się wpisać do tabeli — poczucie, że zrobił dla tych ludzi coś ważnego; oczywiście nie róbmy z niego teraz świętego José, bo Mourinho ma tę niezwykłą umiejętność, że nawet kiedy przegrywa, potrafi tak opowiedzieć historię, żebyśmy po chwili zaczęli się zastanawiać, czy przypadkiem nie oglądaliśmy właśnie zwycięstwa: przegrał — były okoliczności, nie wygrał trofeum — potencjał zespołu był ograniczony, wygrał — cud, i jest to bardzo wygodny sposób opowiadania własnej kariery, ale czasami, co gorsza dla jego przeciwników, również całkiem uczciwy.

Bo można długo wyliczać, czego Mourinho w Romie nie zrobił: nie zbudował wielkiej drużyny, nie zdobył mistrzostwa, nie awansował do Ligi Mistrzów i nie stworzył projektu na lata, tylko że wtedy łatwo zapomnieć, co jednak zrobił — dał Romie moment.

A futbol jest trochę dziwnym sportem, bo można przez dziesięć lat dyskutować o tabelach, budżetach i współczynnikach UEFA, a potem jeden wieczór zostaje człowiekowi w głowie na zawsze, i Mourinho właśnie takie wieczory potrafił ludziom dawać.

Dlatego dzisiejsza premiera serialu jest ciekawa nie tylko dla tych, którzy lubią Mourinho, ale również dla tych, którzy mają go serdecznie dość, bo można nie lubić jego stylu, można uważać, że najlepsze lata ma już za sobą, można twierdzić, że od dawna bardziej zarządza własnym wizerunkiem niż drużyną, ale kiedy mówi o Romie, coś jednak pęka w tej całej konstrukcji „The Special One” i pojawia się człowiek — człowiek, który przyznaje, że nie wygrał wszystkiego i że mimo tego był szczęśliwy.

To chyba całkiem niezła lekcja dla faceta, który przez pół kariery przekonywał nas, że w futbolu chodzi wyłącznie o zwycięstwo.

Chociaż oczywiście nie przesadzajmy — to nadal José Mourinho.

Nawet kiedy mówi o cudzie, zaznacza, że te większe robi Jezus Chrystus.

Człowiek się zmienia.

Ale bez przesady.

Komentarze

  • majkel678
    11 sierpnia 2026, 12:29

    Mourinho był szczęśliwy i viaplay też w tamtym czasie

  • Totnik
    11 sierpnia 2026, 13:44

    trzyodcinkowy serial dokumentalny o José Mourinho, zatytułowany po prostu „Mourinho” .. no tak ta postać to już tylko nadaje się na dokument, jest o czym opowiadać żeby nie było, chociaż … zobaczymy jaki to "ostatni taniec" pokaże w Realu, bo chyba nie ma wątpliwości że już lepszej posady w piłce klubowej raczej nie otrzyma …

  • Beti
    11 sierpnia 2026, 14:33

    Szanowna Redakcjo
    Ale od mojego karnetu na siłownię to się proszę odkleić.
    Stać mnie to se kupiłem, a może pożyczyłem od sąsiada? I co z tego.

    :)

  • edemon
    11 sierpnia 2026, 17:59

    Prawie zabił we mnie chęć do oglądania meczów, ale przynajmniej poza boiskiem było ciekawie :)

  • ArtekMoltisanti
    11 sierpnia 2026, 18:55

    Taylor – dziad zabrał Ci drugie trofeum.

  • Romulus
    12 sierpnia 2026, 10:35

    Gdyby nie Taylor, to zapisałby się w historii Romy pucharem z LE i to byłoby coś. Można byłoby wybaczyć słabiznę ligową, od której oczy bolały. LK fajne, ale to jednak nie ta ranga

  • completny
    13 sierpnia 2026, 00:38

    Jeden wieczór w Budapeszcie zmienił wszystko. Jeden głupi Taylor zepsuł wszystko. Jakby Jose wygrał z Romą rok po roku LKE, a następnie LE, to nie zapominajmy, że wrócilibyśmy automatycznie do LM. To napędziłoby jeszcze bardziej piłkarzy, środowisko, media, samego Jose. Nawet nie chcę sobie wyobrażać jakie transfery mogłby dojść wtedy do skutku.

  • ArtekMoltisanti
    14 sierpnia 2026, 21:25

    Szacunek się należy