20 lat bez Luisy Petrucci.

Są postacie, które nie potrzebują pomników, bo żyją dalej w pamięci ludzi, w prostych gestach i w sposobie przeżywania Romy. Luisa Petrucci należy właśnie do tego rzadkiego grona.

fot. © asroma.com

Kiedy zmarła, jej chłopcy oddali jej najpiękniejszy możliwy hołd. Cztery dni później pojawili się w Empoli z transparentem: „Curva Sud Luisa Petrucci”. I chyba trudno o prostsze, a zarazem mocniejsze zdanie. Bo jeśli prawdą jest, że nie istnieją żadne oficjalne certyfikaty bycia romanistą, to równie prawdziwe jest to, że Luisa Petrucci była jedną z najbardziej oddanych Romie osób. Nie przez deklaracje, lecz przez sposób bycia. Przez gesty. Przez naturalność. Przez czystość uczucia. I przez ten detal, który uczynił ją niepowtarzalną: legendarny żółto-czerwony parasol.

Sama mówiła z właściwą sobie prostotą: „Nie umiem machać flagą, więc kiedy drużyna wychodzi na boisko albo strzela gola, otwieram parasol”. Z czasem wszyscy wypatrywali właśnie jego. Początkowo miał tylko pomagać znajomym odnaleźć ją na stadionie. Potem stał się symbolem dla całej wspólnoty romanistów. Pojawiał się wszędzie: w Tevere, Curva Sud, w sektorach gości, na wyjazdach, na obozach przygotowawczych. Tam, gdzie była Roma, tam był też ten parasol. I tam była Luisa.

Urodziła się 7 czerwca 1931 roku. Dorastała w rzymskiej dzielnicy San Lorenzo jako córka Ramponcina, czyli Nella Petrucciego, wieczystego członka AS Roma i właściciela trattorii, do której w latach trzydziestych przychodzili na obiady piłkarze giallorossich. Wśród nich był także Fulvio Bernardini. To środowisko nie tyle nauczyło ją kochać Romę, ile sprawiło, że ta miłość stała się czymś zupełnie naturalnym, niemal domowym.

Przez całe życie była nauczycielką przedszkolną. I może właśnie dlatego później tak wielu kibiców Romy mówiło o niej jak o drugiej mamie. Luisa nie była znana wyłącznie z parasola, choć ten przeszedł do legendy. Najważniejszy był jej sposób bycia. Jeździła za Romą wszędzie. Z synami. Z Commando Ultrà Curva Sud. Z Boysami. Z wszystkimi. Nie robiła różnic między grupami, sektorami ani pozycją społeczną. Dla niej liczyła się tylko Roma i ludzie, którzy ją kochali.

Wybierała chłód sektora gości zamiast wygody loży honorowej. Nosiła ze sobą torby pełne żółto-czerwonych drobiazgów dla kibiców spoza Rzymu. Rozdawała kanapki tym, którzy śpiewali, niezależnie od tego, czy świeciło słońce, padał deszcz, czy wiał wiatr. Jeśli ktoś był smutny po porażce, potrafiła poczęstować go kawałkiem ciasta. Jeśli ktoś zachowywał się źle, upominała go, bo – jak mówiła – potem źle mówi się o kibicach Romy. W tym jednym zdaniu mieści się chyba cała jej filozofia: kochać Romę to także umieć ją godnie reprezentować.

Po jej śmierci pamięć o niej nie została zamknięta w kilku wzruszających dniach. Kilka miesięcy później dziennik Il Romanista zainicjował zbiórkę na zakup karetki. Trafiła ona do organizacji S.O.S. z rzymskiej Garbatelli. 29 stycznia 2006 roku, w dniu meczu Roma–Livorno, na Curva Sud pojawił się transparent: „Twoja karetka w sercu Rzymu… ty na zawsze w sercu swoich chłopców”. To było piękne, bo bardzo w jej stylu: nawet po odejściu potrafiła być obecna poprzez dobro.

Także sama Roma nigdy o niej nie zapomniała. W 2018 i 2019 roku klub zorganizował Trofeo Luisa Petrucci, a kobieca drużyna Romy zagrała wtedy odpowiednio z Florentią i Paris Saint-Germain. Na Tre Fontane przyszły tysiące ludzi. Tysiące romanistów. Synowie, córki, wnuki tej pamięci. Bo może właśnie to jest najpiękniejsze dziedzictwo Luisy Petrucci: nie tyle wspomnienie jednej osoby, ile styl przeżywania Romy, który przetrwał razem z nią.

Była blisko wielkich postaci świata Romy. Przyjaźniła się z Antonello Vendittim, utrzymywała szczególne relacje z Dino Violą i Franco Sensim. Jej ulubieńcami byli Bruno Conti, Giuseppe Giannini i oczywiście Francesco Totti. Ale w gruncie rzeczy najważniejsi byli dla niej zawsze kibice. Wszyscy. Bez wyjątku.

Dlatego dziś, dwadzieścia lat po jej śmierci, nie wspomina się jej wyłącznie z nostalgii. Wspomina się ją także z czułością, wdzięcznością i z tym szczególnym wzruszeniem, które przychodzi wtedy, gdy człowiek rozumie, że pewnych ludzi nie da się zastąpić. Są obecni nawet wtedy, gdy ich już nie ma. Czasem w pamięci. Czasem w geście. Czasem w kolorach parasola otwartego gdzieś na trybunie.

I być może właśnie teraz, w czasach pełnych hałasu, pośpiechu i łatwych emocji, Luisa Petrucci wydaje się potrzebna bardziej niż kiedykolwiek. Jak bardzo przydałby się dziś jej spokój, jej ciepło, jej prosty odruch troski. Ach, jak bardzo przydałby się znów ten kawałek ciasta od Luisy.

Komentarze

Komentarze są wyłączone dla archiwalnych wpisów.