Leon Bailey: największy flop letniego okienka

Miał dać Romie szybkość, jakość i nieprzewidywalność w ofensywie. Dał kolejne kontuzje, frustrację i poczucie, że ten transfer od początku był pomyłką. Leon Bailey wyrósł na symbol słabego okienka Massary.

fot. © asroma.com

16 spotkań ligowych oraz 6 pucharowych wystarcza, by zweryfikować letnie transfery. O jedne z nich już dopytują Real i Barcelona (Wesley), a o inne dopytują dziennikarze: „Po co Massara go w ogóle sprowadzał?” (Ferguson i Bailey). Leon Bailey przychodził do Romy z łatką zawodnika, który w odpowiednich warunkach potrafi zrobić różnicę. Szybki, dynamiczny, ograny w Premier League, teoretycznie idealnie pasujący do zespołu, który potrzebował impulsu na skrzydłach. Problem w tym, że teoria bardzo szybko zderzyła się z brutalną praktyką. W praktyce dostaliśmy zawodnika, któremu w ostatnich latach notorycznie doskwierały urazy. Jamajczyk nie zdążył jeszcze przywitać się ze wszystkimi w Trigorii, a już wypadł z gry i stał się dla Gian Piero Gasperiniego źródłem kolejnych problemów, zamiast realnym wzmocnieniem.

Mecz z Juventusem był w tym sensie symboliczny. Bailey pojawił się na boisku, gdy Roma próbowała jeszcze odwrócić losy spotkania. Spędził na murawie 20 minut, w trakcie których nie wniósł niczego, co mogłoby zmienić obraz gry. Jeden niecelny strzał, jeden rzut rożny, jedno dośrodkowanie – żadne nie znalazło adresata. Przede wszystkim jednak brakowało w nim tego, czego oczekuje się od rezerwowego wchodzącego przy niekorzystnym wyniku: intensywności, agresji, poczucia, że „gryzie trawę”, by odrobić straty. Nie zdziwiło mnie więc (uczestników dyskusji podczas meczu także), że Gasperini jeszcze w tej samej połowie zdjął go z boiska i posłał do gry Stephana El Shaarawy’ego.

Dopiero po meczu wyszło na jaw, że Bailey znów doznał urazu. Trzeciego. Tym razem problem dotyczył zginacza lewej nogi. Trzeci raz od momentu, gdy Jamajczyk pojawił się w Rzymie, i trzeci raz, gdy zamiast rozmowy o formie sportowej trzeba mówić o rehabilitacji. Trudno w tym miejscu uciec od ironii: Bailey spędził w Rzymie więcej czasu w gabinetach medycznych niż na boisku.

Źródło: Transfermarkt

Powyżej widać czarno na białym to, o czym w Trigorii wiedzieli wszyscy. Albo przynajmniej powinni byli wiedzieć. Historia urazów Baileya jest długa i powtarzalna. Najczęściej wracają problemy mięśniowe: uda, zginacze, urazy przeciążeniowe. To nie są przypadkowe kontuzje po brutalnych starciach, ale typowe dolegliwości zawodnika, którego organizm regularnie odmawia posłuszeństwa przy większym obciążeniu. Teraz ta lista znów się wydłużyła i nic nie wskazuje na to, by był to jej ostatni rozdział.

Zresztą sceptycyzm wobec Baileya nie narodził się dopiero w Rzymie. Kibice Aston Villi, pytani dziś o Jamajczyka, reagują wzruszeniem ramion. Wspominają go jako zawodnika irytującego, notorycznie tracącego piłkę po efektownych, lecz jałowych dryblingach i kompletnie niewnoszącego wartości w defensywie. W skrócie: piłkarza, którego odejście nie było żadną stratą, a raczej ulgą dla klubowej kasy płac.

W tym kontekście coraz trudniej wierzyć, że Bailey jest w stanie dotrwać do końca sezonu w barwach Romy. Nawet najwięksi entuzjaści jego talentu (o ile tacy jeszcze istnieją) mogą mieć problem z obroną tezy, że ta przygoda ma jakąkolwiek przyszłość. Coraz częściej słychać, że strony mogą rozwiązać umowę już w styczniu, a Jamajczyk niedługo po świętach Bożego Narodzenia wróci do Birmingham. Byłoby to przyznanie się do błędu, ale czasem błąd trzeba przeciąć szybko, zanim zacznie ciążyć całemu zespołowi.

Problem polega jednak na tym, że to nie jest błąd nowy. Roma od lat wpada w tę samą pułapkę: sięga po piłkarzy, którzy mieli jeden bardzo dobry sezon kilka lat wcześniej, a od tego czasu bardziej budowali CV w gabinetach lekarskich niż na boisku. Bailey idealnie wpisuje się w ten schemat. Przychodzi, bo na rynku nikt inny nie chce wziąć na siebie jego kontraktu i ryzyka zdrowotnego, a Roma, w imię okazji i desperackiego szukania uzupełnień składu, znów próbuje oszukać rzeczywistość, licząc na cud.

Być może więc zamiast kolejnego transferu na którego nie będzie można liczyć w konteście budowania wyjściowego składu, klub z Rzymu powinien najpierw zatrudnić profesora Rafała Wilczura do sztabu medycznego, a dopiero później brać się za sprowadzanie takich pacjentów piłkarzy. Skoro bowiem każda taka operacja coraz bardziej przypomina eksperyment medyczny niż projekt sportowy, wypadałoby przynajmniej zadbać o najwyższy autorytet w dziedzinie cudów.

Trudno nie przywołać tu przykładu Renato Sanchesa z czasów José Mourinho. Piłkarz z wielkim nazwiskiem, jeszcze większym kontraktem i jeszcze dłuższą historią urazów. Tylko że już wtedy kojarzyliśmy go z czasów 19-letniego wonderkida, który zdobył bramkę przeciwko Polsce na legendarnym Euro 2016, a nie jako piłkarza, który jako senior trzyma równą formę i wnosi coś do gry na wysokim poziomie. A grał przecież w Bayernie i PSG. Nonszalancki w zachowaniu, nieprzekonujący na boisku, permanentnie balansujący na granicy kolejnej kontuzji. Mourinho mówił o nim wprost, że to zawodnik „zawsze na krawędzi urazu”, niezrozumiany wcześniej w Niemczech i Francji, a w Rzymie tylko potwierdzający te same problemy. Bailey jest dziś jego wiernym odbiciem: inna pozycja, inne nazwisko, ten sam scenariusz.

Na dziś tę przygodę można ocenić jednoznacznie. Bailey nie dał Romie nic dobrego: nie dał szybkości, nie dał jakości, nie dał liczb. Dał za to kolejne urazy, dziury w składzie i poczucie, że Massara i jego wysłannicy wykonali transfer, który od początku był skazany na niepowodzenie. Jeśli tak ma wyglądać „wzmocnienie”, to trudno się dziwić, że Gasperini ma siwy kolor włosów. Coraz trudniej jest także uciec od pytania, które wraca co rok jak bumerang: czy Roma naprawdę nie potrafi uczyć się na własnych błędach?

Zdrowych Zirkzee i Raspadoriego – tylko o to proszę w tym roku, Święty Mikołaju.

Komentarze

  • D10
    22 grudnia 2025, 12:03

    Fajny art, mocno w punkt:). Nie potrafie zrozumiec tego optymizmu co do graczy, ktorzy zagrali jeden sezon na w miare przyzwoitym poziomie a pozniej albo odcinaja kupony albo leczą urazy. Przy takich transferach wychodza na jaw wszystkie ograniczenia. Brak srodkow w kasie, presja kibiców na "duze" nazwiska i gra DS-ów na alibi (no przeciez sprowadziłem trenerowi super gracza, o co kamman?). Inni nawet nie pochylaja sie nad takimi nazwiskami, a Roma caly czas probuje zagiąć rzeczywistość. Moze sie uda, moze wypali, moze bedzie zdrowy…:)

  • edemon
    22 grudnia 2025, 13:10

    Gdyby tylko Bailey był problemem tej ofensywy ;) Mamy jeszcze innych sportowych emerytów: Dybala, Pelle, Szary, każdy z nich trzepie kupę kasy za zasługi bez adekwatnego wpływu ba zespół. Dalej są Dovbyk i Ferguson, nieprzydatni i niemożliwi do wdrożenia w systemie Gaspa. Zostają Baldanzi (średnie warunki na serie A) i Soule. Gasp wykręca wyniki ponad stan, ale jak nie dostanie wzmocnień to nie zdziwie się, jak rzuci tę robotę po sezonie. :/

    • hako
      22 grudnia 2025, 13:21

      Budowanie ataku Gasp rozpoczyna od Soule, w tym momencie pozostałych 5 jest tak na dobrą sprawę do odstrzału przy pierwszej lepszej okazji.

  • Milanista92
    22 grudnia 2025, 15:16

    Nkunku – potrzymaj mi piwo xD

  • Canis
    22 grudnia 2025, 19:18

    Tsimikas, Ferguson i Bailey to faktycznie straszne klopsy poprzedniego mercato ale już Janek, ELA, Wesley czy Ghilardi, to przyszlosciowi gracze i to nawet nieźle weszli w drużynę. Wybitnie to Massarze nie wychodzą transfery do ataku. Czekamy na zimowe okienko i kolejne jego strzały z dwururki.

  • riss
    22 grudnia 2025, 22:12

    Pastore, Sanchez, Winaldum a teraz kolejny kwiatek Bailey … serio nie wiem jakim trzeba być debilem żeby ciągle popełniać te same błędy. Maskara albo szybko zacznie coś robić pozbędzie się Fergusona i Baileya i to zimą, da coś konkretnego Gaspowi albo niech go zwolnią. Ja wiem że kasa pusta ale serio nie idzie wypożyczyć kogoś przynajmniej normalnego … kogoś kto gra, a nie siedzi u lekarza.