
AS Roma w Polsce to nie tylko nasza społeczność kibicowska, która od lat żyje wydarzeniami wokół klubu. W barwach Giallorossich występowali również Polacy, którzy w mniejszym lub większym stopniu zapisali się w pamięci romanistów i pozostawili po sobie własny ślad w historii klubu. Każdy z nich trafiał do Rzymu w innych okolicznościach, z inną pozycją i innymi oczekiwaniami, dlatego każda z tych historii wygląda trochę inaczej. Niektóre są już zamknięte, inne wciąż się piszą, bo swoją karierę w barwach Romy budują Jan Ziółkowski oraz Magda Piekarska. Zapraszamy do zapoznania się z historią polskich piłkarzy w Romie.
Ostatnia aktualizacja: sierpień 2026
Zbigniew Boniek (1985–88, 92 mecze, 23 gole)
Rozwiń historię zawodnika
Historia Zbigniewa Bońka w Romie zaczęła się na długo przed tym, zanim po raz pierwszy założył koszulkę Giallorossich. Sam po latach żartobliwie przesuwał jej początek aż do 1970 roku. Miał wtedy 14 lat i śledził dramatyczny półfinał Pucharu Zdobywców Pucharów pomiędzy Romą a Górnikiem Zabrze. „Ja? Romanista od 1970 roku. Miałem 14 lat, od dnia półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów z Górnikiem Zabrze” – mówił później. Rzym rzeczywiście dość szybko zaczął pojawiać się w jego życiu. W grudniu 1981 roku przyjechał do miasta na spotkanie z Janem Pawłem II, a przy okazji zajrzał do Trigorii, gdzie pokopał piłkę i rozmawiał między innymi z Falcão, Agostino Di Bartolomeim i Nilsem Liedholmem. Kilka miesięcy później wrócił z reprezentacją Polski na towarzyski mecz z Romą i sam strzelił dwa gole w spotkaniu zakończonym remisem 2:2. Z żoną Wiesławą zdążył też obejrzeć Koloseum, Fora Cesarskie, Termy Karakalli, Via Appia i Fontannę di Trevi. Zanim został piłkarzem Romy, zdążył więc poznać nie tylko klub, ale również miasto, które wiele lat później miało stać się jego domem.
Latem 1982 roku był już bardzo blisko transferu do stolicy Włoch. Prezydent Dino Viola miał być gotowy zapłacić Widzewowi Łódź dwa miliony dolarów w trzech ratach, ale do gry wkroczyło Juve. Boniek, świeżo po znakomitym mundialu w Hiszpanii, pojechał do Turynu razem z Michelem Platinim. Polska zakończyła tamten turniej na trzecim miejscu, a jednym z jego symboli został hat-trick Bońka przeciwko Belgii. W Juventusie szybko potwierdził swoją klasę. Jego dynamika, przyspieszenie z piłką, umiejętność atakowania wolnej przestrzeni i wyczucie momentu do wejścia w pole karne czyniły go zawodnikiem idealnym do szybkiej gry. Gianni Agnelli nazwał go Bello di notte, „Pięknym nocą”, ponieważ Polak szczególnie błyszczał w wieczornych meczach europejskich pucharów. Z Turynu wyjechał jako zdobywca między innymi Pucharu Europy, Pucharu Zdobywców Pucharów i Superpucharu Europy. Ostatni występ w barwach Juventusu przypadł jednak na finał Pucharu Europy z Liverpoolem na Heysel. Boniek wywalczył rzut karny wykorzystany przez Platiniego, lecz sportowy wynik całkowicie stracił znaczenie wobec śmierci 39 osób. Po latach wspominał, że tamten wieczór zmienił jego spojrzenie na futbol. „Piłka znaczyła dla mnie bardzo wiele, ale po tej tragedii zacząłem patrzeć na nią z innej perspektywy”.
Do Romy trafił więc z trzyletnim opóźnieniem, latem 1985 roku, już jako jeden z najbardziej rozpoznawalnych piłkarzy w Europie. Transfer nie był jednak tak oczywisty, jak mogłoby się wydawać. W Serie A obowiązywał wówczas limit dwóch zagranicznych zawodników, a Roma miała w kadrze Falcão i Toninho Cerezo. Viola zdecydował się mimo wszystko postawić na Bońka, będąc przekonanym, że spór z Falcão zakończy się odejściem Brazylijczyka. Polak dostał numer 4 i natychmiast stał się jednym z najważniejszych zawodników drużyny Svena-Görana Erikssona. Miał 29 lat, ogromne doświadczenie, ale nadal potrafił ruszyć z piłką tak, że obrońcy zostawali za jego plecami. Łączył szybkość z dobrym prowadzeniem piłki, mocnym strzałem i inteligencją taktyczną. Mógł grać jako ofensywny pomocnik, druga punta, a z czasem także znacznie głębiej. Diego Maradona miał określić go później mianem najlepszego piłkarza świata w grze z kontrataku. Sam Boniek po kilku miesiącach w Rzymie nie ukrywał zadowolenia z wyboru: „Wybrałem Romę i jestem szczęśliwy, bo znalazłem wspaniałe miasto i pełną pasji publiczność. Klub nie ma czego zazdrościć Juventusowi”.

Pierwszy sezon niemal zamienił ten transfer w historię idealną. Roma rozpoczęła pogoń za Juventusem, odrobiła osiem punktów straty i na dwie kolejki przed końcem zrównała się z zespołem z Turynu. Boniek był jednym z głównych bohaterów tej drużyny: wystąpił w 29 z 30 spotkań ligowych i zdobył siedem bramek. Giallorossi pokonali też jego byłego pracodawcę na Olimpico 3:0. Wszystko rozpadło się jednak w jednym z najbardziej bolesnych meczów w historii klubu. Roma przegrała u siebie 2:3 z Lecce, które było już zdegradowane, i oddała mistrzostwo Juventusowi. Dwadzieścia lat później Boniek nadal nazywał tamto spotkanie jednym z najgorszych wspomnień swojej kariery, dodając, że ówczesna Roma grała znakomity futbol. Sezon nie zakończył się jednak bez trofeum. Giallorossi zdobyli Coppa Italia, choć Polak nie mógł wystąpić w końcowej fazie rozgrywek, ponieważ przebywał z reprezentacją na mundialu w Meksyku. To właśnie Puchar Włoch z 1986 roku pozostał jego jedynym trofeum zdobytym w barwach Romy.
Z czasem jego rola zaczęła się zmieniać. Eriksson próbował nawet ustawiać go jako libero, wykorzystując doświadczenie, czytanie gry i zdolność do wyprowadzania piłki. Był to Boniek inny niż ten najbardziej zapamiętany z rajdów w stronę bramki, ale wciąż potrafiący wpływać na grę z wielu sektorów boiska. Nie wszystkie eksperymenty działały idealnie. W meczu z Milanem w grudniu 1986 roku, grając jako ostatni obrońca, Polak zatrzymał się w przekonaniu, że usłyszał gwizdek arbitra, co pozwoliło Roberto Donadoniemu kontynuować akcję i wyłożyć piłkę Pietro Virdisowi przy bramce dla Rossonerich. Z Erikssonem pojawiały się też różnice zdań, a po zmianie trenera i powrocie Liedholma Boniek został przesunięty bliżej ataku. W sezonie 1987/88 Roma zajęła trzecie miejsce, a 32-letni Polak zdecydował się zakończyć karierę, choć fizycznie nadal był w bardzo dobrej formie. Przez trzy sezony rozegrał dla Romy 92 oficjalne mecze i zdobył 23 bramki: 17 w Serie A i sześć w Coppa Italia.
W jego rzymskiej historii nie brakuje też anegdot. Boniek był lekkim palaczem, ale żeby nie przesadzać, podobno celowo nie kupował własnych papierosów. Zamiast tego prosił o nie najpierw Bruno Contiego, później Tonino Tempestillego. Lubił poker, brydża i filmy z Marlonem Brando. Co jeszcze bardziej niezwykłe, przez trzy lata gry dla Romy ani razu nie wystąpił w Derby della Capitale. Powód był prosty: przez cały jego pobyt w klubie Lazio grało w Serie B. Piłkarz, który reprezentował dwa wielkie kluby pozostające w latach 80. w bezpośredniej rywalizacji o włoskie trofea, nigdy nie dostał więc okazji przeżycia najważniejszego meczu Rzymu z perspektywy boiska.
Boniek pozostał rzymianinem. Próby pracy trenerskiej nie przyniosły mu sukcesów porównywalnych z tymi osiąganymi jako piłkarz, później został cenionym i często kąśliwym komentatorem telewizyjnym, a następnie prezesem Polskiego Związku Piłki Nożnej i działaczem UEFA. Z Rzymu jednak nie wyjechał. Początkowo planował zostać tylko na kilka lat, przede wszystkim ze względu na szkołę dzieci. Kilka lat zamieniło się w całe życie. „Rzym stał się bazą mojej rodziny” – mówił po latach, dodając, że mimo wszystkich problemów miasta wciąż nie znalazł piękniejszego miejsca na świecie. Nie ukrywa też przywiązania do Romy. „Mieszkam tutaj, jestem rzymianinem z wyboru” – powiedział, deklarując jednocześnie, że gdyby kiedyś pojawiła się możliwość pomocy klubowi, chętnie by ją rozważył. I być może właśnie dlatego jego trzy sezony w koszulce Giallorossich znaczą więcej, niż sugerowałyby same liczby. Boniek nie zakończył w Romie wyłącznie kariery piłkarskiej. W pewnym sensie rozpoczął tutaj drugą część swojego życia.
Łukasz Skorupski (2013–15, 2017–18, 16 meczów, 3 czyste konta)
Rozwiń historię zawodnika
Jeśli Zbigniew Boniek przyjeżdżał do Rzymu jako jedna z gwiazd europejskiego futbolu, historia Łukasza Skorupskiego zaczynała się z zupełnie innego miejsca. Bramkarz z Zabrza nie miał za sobą wielkich turniejów ani trofeów. Przeszedł drogę od Pogoni Zabrze przez młodzież Górnika, wypożyczenie do Ruchu Radzionków i dopiero później regularną grę w Ekstraklasie. W dwóch pełnych sezonach w pierwszej drużynie Górnika rozegrał 56 ligowych spotkań i właśnie wtedy zwrócił na siebie uwagę Romy. Latem 2013 roku wszystko wydarzyło się bardzo szybko. Skorupski przebywał z Górnikiem na obozie w Słowenii, gdy dowiedział się, że oferta z Rzymu została zaakceptowana. „Już na drugi dzień kazali mi jechać do Włoch. To był dopiero szalony czas” – wspominał później. Roma zapłaciła za niego około 890 tysięcy euro i podpisała z 22-letnim wówczas Polakiem czteroletni kontrakt.
Sam transfer był dla Skorupskiego czymś znacznie większym niż tylko zmianą klubu. „We Włoszech wyszedłem na ludzi” – przyznał w jednym z wywiadów. Początek nie miał jednak nic wspólnego z romantyczną opowieścią o młodym piłkarzu spełniającym marzenia w wielkim europejskim klubie. Nie znał włoskiego, nie posługiwał się też angielskim i przez pierwsze miesiące miał ogromne problemy z odnalezieniem się w nowym otoczeniu. „Dla mnie Rzym to był inny świat, inni ludzie. Przez pierwsze dwa, trzy miesiące nie dawałem rady. Co chwila dzwoniłem do przyjaciela i prosiłem, aby mnie wziął z powrotem” – opowiadał. W Zabrzu miał rodzinę, przyjaciół i środowisko, które znał od dziecka. W Rzymie został nagle sam i musiał podporządkować życie piłce. Sam przyznawał później, że wcześniej nie zawsze prowadził się tak, jak powinien profesjonalny zawodnik. Dopiero wyjazd do Italii zmienił jego podejście do treningu, odżywiania i całej kariery.
Na boisku miejsca dostawał niewiele, ale pierwszy sezon przyniósł mu kilka momentów, które dla młodego bramkarza z polskiej ligi musiały jeszcze niedawno wydawać się odległe. 9 stycznia 2014 roku zadebiutował w barwach Romy w wygranym 1:0 meczu Coppa Italia z Sampdorią. Kilka miesięcy później po raz pierwszy zagrał również w Serie A, przeciwko Juventusowi. W całym sezonie uzbierał trzy występy, ale prawdziwie europejskie doświadczenie przyszło jesienią 2014 roku. 30 września stanął w bramce Romy na Etihad Stadium w meczu Ligi Mistrzów z Manchesterem City. Gospodarze objęli prowadzenie po rzucie karnym Sergio Agüero, ale Francesco Totti doprowadził do remisu 1:1. Dla Skorupskiego był to debiut w Champions League i jeden z najbardziej prestiżowych występów podczas całego pobytu w stolicy Włoch. W drugim sezonie zaliczył łącznie 11 spotkań we wszystkich rozgrywkach, lecz było już jasne, że jeśli ma naprawdę się rozwijać, potrzebuje czegoś, czego Roma nie mogła mu wtedy zapewnić: regularnej gry.

Rozwiązaniem okazało się Empoli. Latem 2015 roku Skorupski został wypożyczony do klubu z Toskanii i niemal natychmiast przestał być bramkarzem czekającym na swoją szansę. W pierwszym sezonie rozegrał 31 spotkań Serie A, pomagając drużynie utrzymać się w lidze. Roma nadal widziała w nim zawodnika z potencjałem i latem 2016 roku przedłużyła z nim umowę aż do 2021 roku, po czym zgodziła się na kolejny rok wypożyczenia. Drugi sezon w Empoli był znacznie trudniejszy i zakończył się spadkiem, ale dla samego Polaka oznaczał następne 35 ligowych występów. W ciągu dwóch lat w Toskanii rozegrał 67 oficjalnych meczów. To tam zdobył doświadczenie, którego nie byłby w stanie zebrać, siedząc na ławce Olimpico. Do Romy wracał latem 2017 roku już nie jako anonimowy bramkarz sprowadzony z Górnika, lecz jako zawodnik mający za sobą dwa pełne sezony w Serie A.
Moment wydawał się dla niego korzystny, ponieważ z klubu odszedł Wojciech Szczęsny. Otwierało się miejsce w bramce Romy, ale ostatecznie klub postawił na Alissona. Brazylijczyk rozegrał znakomity sezon, a Skorupski ponownie musiał zaakceptować rolę rezerwowego. Wystąpił tylko dwa razy. W grudniu zagrał w przegranym 1:2 meczu Coppa Italia z Torino, a ostatni występ dla Giallorossich zaliczył w finałowej kolejce Serie A przeciwko Sassuolo. Roma wygrała 1:0, Skorupski zachował czyste konto i w ten sposób pożegnał się z klubem na boisku. Jego bilans w rzymskiej koszulce zatrzymał się na 16 oficjalnych spotkaniach: sześciu w Serie A, czterech w Coppa Italia oraz sześciu w europejskich pucharach. Niewiele jak na pięć lat pozostawania zawodnikiem Romy, choć znaczną część tego okresu spędził oczywiście na wypożyczeniu w Empoli.
Latem 2018 roku Skorupski nie chciał już kolejnego sezonu w roli numeru dwa. Po zakończeniu rozgrywek rozmawiał z dyrektorem sportowym Monchim i jasno przedstawił swoje stanowisko. „Romie zawdzięczam tak naprawdę wszystko. To oni wyciągnęli mnie z Polski do Włoch. Powiedziałem mu, że chcę bronić regularnie, dlatego trafiłem do Bologni” – tłumaczył później. Transfer został przeprowadzony w ramach operacji, w której do Romy trafił Antonio Mirante, a Giallorossi otrzymali dodatkowo pięć milionów euro. Dla Skorupskiego był to definitywny koniec rzymskiego etapu, ale jednocześnie początek najdłuższego i najbardziej stabilnego okresu jego kariery. Już w pierwszym sezonie w Bologni zagrał we wszystkich 38 meczach ligowych. Z czasem stał się jednym z najbardziej doświadczonych bramkarzy Serie A, wrócił z klubem do Ligi Mistrzów, a we wrześniu 2024 roku w pierwszym meczu Bologni w tych rozgrywkach po sześćdziesięciu latach obronił rzut karny przeciwko Szachtarowi Donieck. W maju 2025 roku, już jako 34-letni zawodnik, pomógł Bologni pokonać Milan 1:0 w finale Coppa Italia i zdobył pierwsze klubowe trofeum w swojej karierze.
Skorupski nigdy nie został w Romie pierwszoplanową postacią i zapewne nie jest nazwiskiem, które romanistom natychmiast przychodzi na myśl przy wspominaniu drużyn z tamtych lat. Jego rzymska historia ma jednak inną wartość. To opowieść o zawodniku sprowadzonym z polskiej Ekstraklasy, który początkowo chciał uciekać do domu, a kilka lat później był już pełnoprawnym bramkarzem Serie A. Roma nie stała się klubem, w którym rozegrał setki spotkań, ale była miejscem, w którym zmieniło się jego życie. Skorupski sam mówił, że właśnie tam zmienił system wartości i naprawdę postawił wszystko na futbol. Kiedy po latach odchodził, nie było w jego słowach żalu o przegraną rywalizację czy niewykorzystaną szansę. Została przede wszystkim wdzięczność wobec klubu, który zabrał go z Zabrza do wielkiego futbolu. I być może najlepiej podsumowuje jego pobyt w Romie właśnie to, że największy sukces klubowej kariery osiągnął dopiero siedem lat po odejściu z Rzymu, ale droga do niego zaczęła się w Trigorii.
Wojciech Szczęsny (2015–17, 81 meczów, 23 czyste konta)
Rozwiń historię zawodnika
Gdy Wojciech Szczęsny trafiał do Rzymu latem 2015 roku, miał już za sobą prawie dwieście występów w Arsenalu, zdobyty Puchar Anglii i Złotą Rękawicę Premier League. Jego sytuacja w Londynie zaczęła się jednak komplikować, a przyjście Petra Čecha oznaczało jeszcze większą konkurencję o miejsce w bramce. Roma, ówczesny wicemistrz Włoch i uczestnik Ligi Mistrzów, zaproponowała roczne wypożyczenie. Dla 25-letniego Polaka była to możliwość odbudowania pozycji i poznania zupełnie innej szkoły bronienia. Decyzję podjął błyskawicznie. Arsène Wenger przekonywał go, że Rzym będzie świetnym miejscem do zdobycia doświadczenia, a Walter Sabatini jasno dawał do zrozumienia, że widzi dla niego ważną rolę. Wojtek przyjeżdżał więc nie jako młody bramkarz do nauki, ale zawodnik mający od razu walczyć o miejsce w podstawowym składzie. 22 sierpnia zadebiutował w Serie A w zremisowanym 1:1 meczu z Hellasem Verona i bardzo szybko wygrał rywalizację z doświadczonym Morganem De Sanctisem.
Pierwsze miesiące pokazały mu jednocześnie, jak specyficzne jest życie bramkarza w wielkim włoskim klubie. 16 września stanął między słupkami przeciwko Barcelonie w Lidze Mistrzów. Roma zremisowała z obrońcą trofeum 1:1 po pamiętnym golu Alessandro Florenziego niemal z połowy boiska, ale dla Wojtka spotkanie skończyło się przedwcześnie. Na początku drugiej połowy po starciu z Luisem Suárezem doznał urazu palca i musiał opuścić boisko. Wrócił po kilku tygodniach, a kiedy w listopadzie Roma pojechała na Camp Nou, przeżył jeden z najbardziej osobliwych wieczorów swojej rzymskiej kariery. Giallorossi zostali rozbici 1:6, lecz Szczęsny mimo sześciu straconych bramek zanotował kilka bardzo dobrych interwencji, a pod koniec meczu obronił rzut karny wykonywany przez Neymara. Przy tak jednostronnym wyniku był to niewielki szczegół, ale zarazem dobry przykład tego, że nawet w najgorszych dla drużyny spotkaniach Wojtek potrafił zostawić po sobie efektowną paradę.
Pierwszy sezon był dla niego okresem poznawania włoskiego futbolu, ale również stopniowej przemiany. Rudi Garcia został w styczniu zastąpiony przez Luciano Spallettiego, a Roma po słabszej części rozgrywek ruszyła w górę tabeli i zakończyła Serie A na trzecim miejscu. Wojtek rozegrał 42 oficjalne spotkania, w tym osiem w Lidze Mistrzów, gdzie Giallorossi dotarli do 1/8 finału i odpadli dopiero z Realem Madryt. Z czasem sam zaczął podkreślać, że włoska szkoła bramkarska pozwoliła mu dostrzec rzeczy, których wcześniej nie zauważał. „Przeprowadzka do ligi włoskiej i poznanie tutejszego systemu szkolenia bramkarzy bardzo mi pomogły. Zrozumiałem, że miałem braki. Dziś jestem lepszym bramkarzem” – mówił później. W Anglii bazował przede wszystkim na refleksie, warunkach fizycznych i naturalnym talencie. We Włoszech większy nacisk położono na ustawienie, podejmowanie decyzji, poruszanie się względem linii obrony i ograniczanie sytuacji, w których efektowna parada w ogóle staje się konieczna. Roma nie była więc dla niego tylko kolejnym klubem. Była miejscem, w którym zaczął zmieniać się z bardzo utalentowanego bramkarza w bardziej kompletnego zawodnika.
Latem 2016 roku wypożyczenie zostało przedłużone o kolejny sezon i właśnie wtedy Wojtek rozegrał prawdopodobnie najlepszy rok swojej dotychczasowej kariery. Sytuacja była przy tym ciekawa, ponieważ Roma sprowadziła Alissona Beckera, reprezentanta Brazylii, który z czasem miał zostać uznany za jednego z najlepszych bramkarzy świata. Spalletti postawił jednak w Serie A na Polaka. Alisson dostawał swoje szanse przede wszystkim w pucharach, podczas gdy Szczęsny wystąpił we wszystkich 38 kolejkach ligowych. Zachował 14 czystych kont, najwięcej spośród wszystkich bramkarzy Serie A w tamtym sezonie, i był jednym z filarów zespołu, który do samego końca próbował ścigać Juventus. Roma zakończyła rozgrywki jako wicemistrz Włoch z klubowym rekordem 87 punktów. Wojtek nie zdobył w Rzymie trofeum, ale właśnie sezon 2016/17 sprawił, że jego nazwisko zaczęło być wymieniane wśród najlepszych bramkarzy ligi.
Był przy tym kimś więcej niż tylko pewnym numerem jeden. Szczęsny bardzo szybko pokazał charakter, dzięki któremu przez kolejne lata stał się jedną z bardziej rozpoznawalnych osobowości polskiego futbolu. Pewny siebie, ironiczny i niemal zawsze gotowy do ciętej riposty, dobrze odnalazł się również poza boiskiem. Roma wykorzystała to, tworząc pod koniec jego pobytu The Szczesny Show, w którym Wojtek wcielał się w rolę prowadzącego i przepytywał kolegów z szatni, między innymi Radję Nainggolana. Sam żartował, że bramkarze są szaleni, bo chcą przez całe życie pozwalać innym strzelać w swoją stronę, a Nainggolana określał jako człowieka zajmującego jednocześnie pierwsze, drugie i trzecie miejsce w rankingu największych wariatów w drużynie. Ten dystans do siebie pozostał jego znakiem rozpoznawczym również długo po wyjeździe z Rzymu.
Ostatni ligowy mecz Wojtka dla Romy miał szczególną oprawę. 28 maja 2017 roku Giallorossi pokonali Genoę 3:2, zapewnili sobie drugie miejsce w Serie A, ale wynik zszedł na dalszy plan, bo tego dnia Stadio Olimpico żegnało Francesco Tottiego. Szczęsny uczestniczył więc w jednym z najbardziej emocjonalnych wieczorów we współczesnej historii klubu, a kilka tygodni później sam musiał się z Romą pożegnać. Wypożyczenie dobiegło końca i formalnie wrócił do Arsenalu. W dwóch sezonach rozegrał dla Giallorossich 81 oficjalnych meczów i 23 razy zachował czyste konto, z czego 22 w Serie A.

W lipcu 2017 roku Juventus wykupił Wojtka z Arsenalu za 12,2 miliona euro plus ewentualne bonusy. Początkowo Polak świadomie zgodził się na rolę zmiennika Gianluigiego Buffona, wiedząc, że po roku ma przejąć po legendzie bramkę mistrza Włoch. Plan zadziałał niemal idealnie. Szczęsny spędził w Turynie siedem sezonów, rozegrał 252 mecze, zanotował 100 pełnych spotkań bez straty gola i zdobył osiem trofeów: trzy mistrzostwa Włoch, trzy Coppa Italia i dwa Superpuchary. Właśnie wtedy powstał też jeden z najbardziej charakterystycznych żartów w jego karierze. Wojtek zauważył, że w Romie posadził na ławce Alissona, późniejszego najlepszego bramkarza świata, a w Juventusie jego zmiennikiem został Buffon, jeden z najlepszych w historii. „Wniosek jest taki, że prawdopodobnie jestem najlepszy na świecie i w historii” – podsumował z uśmiechem. Żart działał właśnie dlatego, że kryła się w nim odrobina prawdy: na przestrzeni kilku lat Polak rzeczywiście wygrał sportową rywalizację w dwóch klubach, w których obok niego znajdowali się bramkarze absolutnie światowej klasy. Po odejściu z Juventusu latem 2024 roku ogłosił zakończenie kariery, ale emerytura trwała zaledwie kilka tygodni. Kontuzja Marca-André ter Stegena sprawiła, że zadzwoniła Barcelona. Szczęsny wrócił na boisko, w sezonie 2024/25 wywalczył miejsce w składzie i wraz z zespołem zdobył mistrzostwo Hiszpanii, Puchar Króla oraz Superpuchar, a następnie przedłużył kontrakt do 2027 roku.
Z perspektywy całej jego kariery dwa sezony w Rzymie mogą wydawać się tylko krótkim etapem pomiędzy Arsenalem a Juventusem. W rzeczywistości były prawdopodobnie jednym z najważniejszych zakrętów na jego piłkarskiej drodze. Przyjechał do Italii po utracie mocnej pozycji w Londynie i z miejsca stał się topowym bramkarzem Serie A. Sam nigdy nie ukrywał, jak wiele dała mu Roma. To tutaj poznał włoskie podejście do swojej pozycji, nauczył się większej taktycznej dyscypliny, rywalizował z wielkimi bramkarzami zbudował tu swoją markę: w Romie jego kariera nabrała rozpędu prowadzącego później do szeregu tytułów.
Nicola Zalewski (2021–25, 123 mecze, 2 gole)
Rozwiń historię zawodnika
W przypadku Nicoli Zalewskiego określenie „Polak w Romie” ma nieco inne znaczenie niż przy Zbigniewie Bońku czy Łukaszu Skorupskim. Oni przyjechali do Włoch jako zawodnicy wychowani przez polski futbol, Zalewski natomiast właściwie wyrósł razem z Romą. Urodził się 23 stycznia 2002 roku w Tivoli, około 30 kilometrów od stolicy Włoch, jako syn Krzysztofa i Ewy Zalewskich, którzy wyemigrowali z Polski pod koniec lat 80. Rodzina zamieszkała w niewielkim Poli, położonym wśród wzgórz Monti Prenestini. To właśnie tam Nicola nauczył się grać w piłkę. Jako sześciolatek pojawiał się na boisku miejscowej Nuova Spes z futbolówką pod pachą i prosił starszych chłopców, żeby pozwolili mu zagrać. Dom Zalewskich znajdował się naprzeciwko obiektu sportowego, więc kolejne popołudnia wyglądały podobnie: Nicola zostawał na murawie tak długo, aż mama Ewa wołała go z okna do domu. Rzym był jego miejscem urodzenia, Polska krajem rodziców, a Roma od dzieciństwa klubem, do którego chciał trafić.
Jedną z najważniejszych postaci na początku tej historii był Bruno Conti. Podczas turnieju w Borgata Finocchio Zalewski zwrócił uwagę obserwatora Stefano Palmieriego, którego Conti wysłał na miejsce między innymi po to, aby najciekawszych chłopców nie przejęły inne renomowane rzymskie szkółki. Nicola został zaproszony na testy do Trigorii, a po nich legendarny piłkarz Romy podszedł do Krzysztofa Zalewskiego i zaproponował, żeby chłopak został w klubie. Rodzina się zgodziła i w ten sposób rozpoczęła się trwająca kilkanaście lat więź z Giallorossimi. Ojciec przez kolejne sezony regularnie woził syna na treningi i jednocześnie pilnował, aby futbol nie oznaczał rezygnacji z nauki. Zalewski zamieszkał później w klubowym internacie i uczęszczał do liceum o profilu sportowym. Na boisku przechodził kolejne szczeble młodzieży, a Alberto De Rossi przesunął go z lewej strony bliżej środka, wykorzystując jego drybling, grę obiema nogami i zdolność kreowania akcji. Conti obserwował ten rozwój z bliska i po latach powiedział nawet, że spośród młodych zawodników właśnie w Nicoli najbardziej widzi samego siebie. Dostrzegał u niego podobną swobodę w grze ofensywnej, drybling, a jednocześnie przydatność w defensywie.
Gdy Zbigniew Boniek usłyszał od Contiego o utalentowanym chłopcu polskiego pochodzenia, ówczesny prezes PZPN stał się fanem talentu chłopaka i miał znaczący wpływ na to, że polska federacja zaczęła się nim interesować. Wraz z rodzicami odegrał też istotną rolę w związaniu jego reprezentacyjnej przyszłości z Polską. Zalewski, choć urodził się i wychował we Włoszech, od młodych lat występował w biało-czerwonych barwach. Przeszedł przez reprezentacje młodzieżowe i znalazł się między innymi w kadrze na mistrzostwa świata U-20, mimo że był młodszy od większości kolegów. Powstała w ten sposób ciekawa klamra: jeden z najwybitniejszych polskich piłkarzy w historii Romy pomagał otworzyć drzwi do reprezentacji Polski chłopakowi, który dopiero marzył o zapisaniu własnej historii na Olimpico.
Ta historia na dobre rozpoczęła się 6 maja 2021 roku. Roma podejmowała Manchester United w rewanżowym półfinale Ligi Europy. Po porażce 2:6 na Old Trafford losy dwumeczu były właściwie przesądzone, ale dla 19-letniego Zalewskiego ten wieczór oznaczał początek czegoś zupełnie nowego. Paulo Fonseca wprowadził go na boisko w 76. minucie za Pedro. Sześć minut później po dośrodkowaniu Davide Santona młody Polak złożył się do uderzenia z woleja, piłka odbiła się od Alexa Tellesa i wpadła do bramki Davida de Gei. Roma wygrała 3:2, choć trafienie zostało ostatecznie zapisane jako samobójcze. „Już wiem, że nie przyznali mi gola, zapisali samobójczą. Najważniejsze było jednak zwycięstwo” – mówił po spotkaniu. Na trybunach był wtedy Boniek. Trudno o bardziej symboliczny obraz początku kariery kolejnego Polaka w Romie: wychowanek klubu przeżywał pierwsze wielkie chwile w koszulce Giallorossich na oczach człowieka, który kilkadziesiąt lat wcześniej sam ją nosił i później pomógł skierować go w stronę reprezentacji Polski. Trzy dni później Zalewski zadebiutował w Serie A i od razu zanotował asystę w wygranym 5:0 spotkaniu z Crotone.
Kilka miesięcy później futbol splótł się z najtrudniejszym okresem jego życia. 5 września 2021 roku Zalewski zadebiutował w seniorskiej reprezentacji Polski przeciwko San Marino. Wszedł na boisko w 66. minucie i zanotował asystę przy jednej z bramek. Na trybunach w Serravalle siedzieli jego rodzice oraz siostra Jessica. Krzysztof Zalewski ciężko chorował na nowotwór, ale bardzo chciał zobaczyć syna w biało-czerwonej koszulce. Gdy Nicola pojawił się na murawie, ojciec nie potrafił powstrzymać łez. „Jako ojciec nawet w najskrytszych marzeniach nie myślałem, że Nicola może zadebiutować w wieku 19 lat. Co tu kryć, były łzy radości” – opowiadał. Kilkanaście dni później zmarł. Dla młodego piłkarza był to ogromny cios, bo to właśnie ojciec od dzieciństwa prowadził go przez futbol, woził do Trigorii, wspierał i obserwował kolejne etapy jego rozwoju.
W niezwykle trudnym momencie dużą rolę odegrał José Mourinho. Zalewski mówił później o Portugalczyku jak o drugim ojcu. Trener nie tylko zaufał wychowankowi, ale znalazł dla niego zupełnie nowe miejsce na boisku. Piłkarz rozwijany wcześniej jako ofensywny pomocnik i skrzydłowy zaczął regularnie występować na wahadle. Musiał nauczyć się bronienia, ustawienia bez piłki i pracy na całej długości boiska, ale jego szybkość, wytrzymałość oraz umiejętność pojedynków jeden na jednego pozwoliły mu szybko odnaleźć się w nowych zadaniach. Mourinho zaczął wystawiać go regularnie, a w ciągu kilku miesięcy Zalewski przeszedł drogę od wychowanka walczącego o pojedyncze minuty do zawodnika podstawowego składu. 25 maja 2022 roku rozpoczął od pierwszej minuty finał Ligi Konferencji z Feyenoordem. Roma wygrała 1:0 i zdobyła europejskie trofeum, a chłopak wychowany kilkadziesiąt kilometrów od Rzymu świętował największy sukces swojej młodej kariery w klubie, któremu kibicował od dziecka. Jego rozwój robił wówczas takie wrażenie, że Conti mówił otwarcie o ogromnym talencie Zalewskiego i przestrzegał jedynie, że do porównań z Bońkiem prowadzi jeszcze długa droga.

Kolejne sezony nie były już tak prostą opowieścią o nieustannym awansie. Zalewski pozostał częścią pierwszego zespołu, występował po obu stronach boiska, jednocześnie budując coraz mocniejszą pozycję w reprezentacji Polski. Zagrał na mistrzostwach świata w 2022 roku i mistrzostwach Europy dwa lata później. W Romie uzbierał ostatecznie 123 oficjalne występy i zdobył dwie bramki. Z czasem jego pozycja w klubie jednak osłabła i zimą 2025 roku nadszedł moment rozstania. 1 lutego przeniósł się do Interu na wypożyczenie z prawem wykupu. Już dzień później zadebiutował w derbach Mediolanu i zaliczył asystę przy wyrównującym golu Stefana de Vrija. Do końca sezonu wystąpił dla Nerazzurrich 17 razy, a 23 czerwca Inter skorzystał z prawa wykupu i pozyskał go z Romy definitywnie. Wtedy oficjalnie zakończyła się jego kilkunastoletnia historia w klubie, która zaczęła się jeszcze na dziecięcych boiskach w Lacjum.
Zalewski opuścił więc Romę w zupełnie inny sposób niż większość zawodników, którzy przewijają się przez pierwszą drużynę. Nie był transferem, który miał dać klubowi natychmiastową jakość. Roma znalazła go jako dziecko, wychowała w Trigorii i przez kilkanaście lat obserwowała, jak przechodzi od lokalnych turniejów do europejskich finałów. W jego historii spotykają się przy tym dwie postacie szczególnie ważne dla klubowej tożsamości: Bruno Conti, który pomógł sprowadzić go do Romy i później widział w nim coś z samego siebie, oraz Zbigniew Boniek, który dostrzegł go w młodzieży Giallorossich i pomógł skierować w stronę reprezentacji Polski. Dlatego spośród wszystkich Polaków związanych z Romą Zalewski pozostaje przypadkiem wyjątkowym. Był jednocześnie reprezentantem Polski i chłopakiem z rzymskiej prowincji, wychowankiem Giallorossich i romanistą, dla którego Trigoria nie była kolejnym przystankiem kariery, lecz miejscem, w którym praktycznie cała ta kariera się zaczęła.
Jan Ziółkowski (2025–, 32 mecze, 1 gol, 1 asysta)
Rozwiń historię zawodnika
Historia Jana Ziółkowskiego w Romie jest wciąż otwarta. Gdy latem 2025 roku Giallorossi sięgali po 20-letniego obrońcę Legii Warszawa, sprowadzali zawodnika, który dopiero rozpoczynał poważną seniorską karierę. Urodzony w czerwcu 2005 roku stoper pierwsze piłkarskie kroki stawiał w Wichrze Kobyłka, później rozwijał się w Polonii Warszawa, a w 2022 roku trafił do Legii. W pierwszej drużynie stołecznego klubu zadebiutował dwa lata później i w sezonie 2024/25 wywalczył sobie miejsce w rotacji, przyciągając uwagę zagranicznych klubów. Zainteresowanych miało być aż osiem zespołów, ale sam Ziółkowski wybrał Rzym. Jak tłumaczył jego ojciec Marcin, Roma przedstawiła rodzinie konkretny plan rozwoju i przekonała ich, że młody obrońca rzeczywiście będzie dostawał szanse. „Janek miał osiem ofert latem. Oczywiście priorytetem była gra w Legii, ale Roma przedstawiła dla nas w stu procentach konkretny plan” – mówił.
Transfer nie należał do tych, przy których od młodego piłkarza oczekuje się natychmiastowej roli lidera. Roma zapłaciła Legii około sześciu milionów euro, a wartość operacji wraz z bonusami mogła wzrosnąć. Warszawski klub zabezpieczył sobie również procent od przyszłej sprzedaży. Ziółkowski podpisał kontrakt obowiązujący do 2030 roku i od początku miał być przede wszystkim inwestycją w przyszłość. Warunki do gry na najwyższym poziomie rzucały się jednak w oczy od razu. Przy około 193 centymetrach wzrostu dysponował nie tylko przewagą w powietrzu, lecz również zaskakującą jak na tak wysokiego stopera mobilnością. Ciekawostką jest źródło tej koordynacji. Przez sześć lat trenował aikido, próbował również boksu. Jego ojciec, związany ze sportami walki, uważał później, że właśnie zajęcia na macie pomogły synowi lepiej panować nad tak wysokim ciałem i wyrobiły u niego dokładność ruchów.
Pierwszy sezon w Rzymie szybko pokazał jednak, że warunki fizyczne i odwaga są tylko początkiem drogi. Gian Piero Gasperini nie bał się korzystać z młodego Polaka, ale jednocześnie traktował go bardzo surowo. Ziółkowski imponował agresją w pojedynkach, długimi nogami pozwalającymi mu sięgać piłki w trudnych sytuacjach i gotowością do wyjścia daleko za rywalem. Te same cechy czasem obracały się jednak przeciwko niemu. Polak zbyt chętnie rzucał się do wślizgów, zdarzało mu się podejmować ryzyko w niewłaściwym momencie, a kolejne żółte kartki ograniczały zaufanie trenera. Gasperini potrafił dać mu szansę w wymagającym spotkaniu, by niedługo później zdjąć go już w przerwie. Była to dość brutalna, ale typowo włoska szkoła bronienia: nie wystarczy wygrać pojedynek, trzeba jeszcze wiedzieć, kiedy w ogóle należy do niego wejść.
Mimo tych trudności Ziółkowski coraz wyraźniej zaznaczał swoją obecność w pierwszej drużynie. Dostawał minuty zarówno w Serie A, jak i w europejskich pucharach, a szczególny wieczór przeżył w Lidze Europy przeciwko Panathinaikosowi. Roma od 15. minuty grała w osłabieniu po czerwonej kartce Gianluki Manciniego, a w drugiej połowie straciła gola. W 80. minucie Niccolò Pisilli dośrodkował w pole karne, piłka po nieudanej interwencji obrońcy spadła w okolice Ziółkowskiego, a Polak efektownym szczupakiem skierował ją do siatki. Było to jego pierwsze trafienie w koszulce Giallorossich i od razu niezwykle ważne: remis pomógł Romie utrzymać miejsce w czołowej ósemce fazy ligowej rozgrywek. Ziółkowski schodził z murawy z poczuciem, że po miesiącach nauki i nie zawsze łatwej relacji z trenerem wreszcie dał drużynie coś wymiernego.
Nie oznaczało to jednak, że wszystkie problemy zniknęły. Końcówka sezonu jeszcze raz pokazała, jak cienka była granica pomiędzy odwagą Polaka a nadmiernym ryzykiem. W meczu z Hellasem Verona wszedł po przerwie, w 71. minucie otrzymał żółtą kartkę, a już dwie minuty później Gasperini zdecydował się go zdjąć. Trener wyjaśniał potem wprost, że obawiał się drugiego napomnienia. „On jest chłopakiem z potencjałem, ale zbyt często dostaje kartki i było ryzyko” – tłumaczył. Dla młodego obrońcy była to bolesna lekcja, ale dobrze oddawała charakter całego pierwszego roku. Gasperini widział w nim potencjał, dawał mu minuty, lecz nie był jeszcze gotowy zaufać mu bezwarunkowo. Ziółkowski musiał nauczyć się większej cierpliwości, lepszego ustawienia i kontrolowania naturalnej agresji, która do tej pory była jednym z jego największych atutów.
W trakcie pierwszego sezonu Ziółkowski zapisał się również w historii polskiej społeczności romanistów w sposób pozaboiskowy. Pod koniec 2025 roku wsparł Wilcze Mikołajki, coroczną akcję charytatywną organizowaną przez ASRoma.pl i polskich kibiców Romy. Tamta edycja była poświęcona Sewerynowi, młodemu romaniście od urodzenia zmagającemu się z poważnymi wadami serca oraz rzadką dysplazją obojczykowo-czaszkową. Janek przekazał na licytację swoją oryginalną koszulkę meczową z autografem i nagrał specjalną wiadomość wspierającą inicjatywę. Był to szczególnie sympatyczny gest zawodnika, który zaledwie kilka miesięcy wcześniej przyjechał do Rzymu, a już znalazł sposób, by nawiązać bezpośrednią więź z naszą społecznością.
Po pierwszym sezonie trudno było jednak mówić o nieudanej przygodzie. Ziółkowski zakończył rozgrywki 2025/26 z 32 oficjalnymi występami, golem i asystą, zdobywając doświadczenie, którego jeszcze kilkanaście miesięcy wcześniej nie miał nawet na poziomie Ekstraklasy. Zbigniew Boniek zwracał uwagę, że Polak dobrze zaaklimatyzował się w Rzymie, regularnie dostaje szanse, a w klubie mówi się o nim pozytywnie. Równocześnie jego nazwisko zaczęło pojawiać się w kontekście zainteresowania klubów z Premier League. Roma miała jednak wyceniać go już znacznie wyżej niż kwota zapłacona Legii. W ciągu jednego roku zawodnik sprowadzony za około sześć milionów euro stał się więc nie tylko projektem sportowym, ale również wartościowym aktywem klubu.
Przed rozpoczęciem sezonu 2026/27 Ziółkowski nadal jest piłkarzem Romy i w przeciwieństwie do Bońka, Skorupskiego, Szczęsnego czy Zalewskiego jego rzymskiej historii nie da się jeszcze zamknąć ostatnim zdaniem. Pierwszy rok był przede wszystkim okresem nauki: przeskoku z polskiej ligi do Serie A, poznawania wymagań Gasperiniego i przekonywania się, że na tym poziomie jeden źle wybrany moment do interwencji może zmienić cały mecz. Jednocześnie pokazał już cechy, które sprawiły, że Roma zdecydowała się w niego zainwestować: wzrost, szybkość, agresję, odwagę i możliwość rozwoju w kierunku nowoczesnego stopera potrafiącego bronić wysoko i wyprowadzać piłkę. Na razie można więc powiedzieć tylko tyle: pierwszy rzymski rozdział Jana Ziółkowskiego został napisany, ale najważniejsze strony tej historii mogą być jeszcze przed nim.
Magda Piekarska (2025–, 3 mecze, 0 goli, 0 asyst)
Rozwiń historię zawodniczki
Kariera Magdy Piekarskiej dopiero nabiera rozpędu. Urodzona w 2007 roku obrończyni pochodzi z Zebrzydowic, gdzie jako siedmiolatka rozpoczęła treningi w miejscowej Spójni. Później przez cztery lata rozwijała się w Rekordzie Bielsko-Biała, debiutując w seniorskiej piłce już jako 15-latka. Równolegle coraz ważniejszą rolę odgrywała w młodzieżowych reprezentacjach Polski. Z kadrą U-17 zdobyła brązowy medal mistrzostw Europy i wywalczyła historyczny awans na mundial. Futbol był zresztą obecny w jej domu od najmłodszych lat. Jej ojciec sam grał w piłkę i reprezentował Polskę w kadrze niesłyszących. Magda wspominała później, że właśnie jego pasja sprawiła, że jako małe dziecko sama zainteresowała się futbolem.
Latem 2025 roku Piekarska zrobiła największy dotąd krok w swojej karierze i przeniosła się do Romy. Początkowo miała rozwijać się przede wszystkim w drużynie młodzieżowej, ale bardzo szybko zaczęła trenować również z pierwszym zespołem. Na oficjalny debiut czekała do 21 grudnia. W wyjazdowym spotkaniu Coppa Italia z Lumezzane wyszła w podstawowym składzie i rozegrała pełne 90 minut, a Roma wygrała 4:1. „To mój pierwszy występ i jestem za niego bardzo wdzięczna. Od pierwszego dnia czuję ogromne wsparcie ze strony koleżanek z zespołu, dlatego teraz jestem po prostu bardzo szczęśliwa” – mówiła po meczu. W dalszej części sezonu dostała także pierwsze minuty w Serie A. Łącznie pojawiła się w dwóch spotkaniach ligowych, spędzając na murawie osiem minut. Na razie jest więc przede wszystkim stopniowo wdrażana do seniorskiej drużyny.

Choć jej udział na boisku był jeszcze niewielki, pierwszy sezon we Włoszech zakończył się dla Piekarskiej wyjątkowo. Roma Femminile zdobyła mistrzostwo Włoch oraz Coppa Italia, a młoda Polka była członkinią zespołu, który wywalczył krajowy dublet. Znalazła się również w kadrze na finał Pucharu Włoch z Juventusem, zakończony zwycięstwem Giallorosse 1:0. Znacznie więcej minut Magda zbiera na razie w reprezentacji Polski U-19, gdzie należy do podstawowych zawodniczek, a w marcu 2026 roku w towarzyskim meczu z Włochami wystąpiła nawet z opaską kapitańską. Zagrała także w kwalifikacjach do mistrzostw Europy i znalazła się w kadrze na turniej finałowy.
Przed sezonem 2026/27 Piekarska nadal jest zawodniczką Romy i jej miejsce w tej historii trudno jeszcze oceniać przez pryzmat samych liczb. Ma dopiero 18 lat, a przejście z polskiej piłki do jednej z najlepszych kobiecych drużyn we Włoszech miało być przede wszystkim inwestycją w jej rozwój. Pierwszy rok przyniósł debiut, pierwsze minuty w Serie A i dwa trofea zdobyte razem z zespołem. Na większą rolę w pierwszej drużynie trzeba zatem poczekać – miejmy nadzieję, że jak najkrócej.
Pozostali zawodnicy
- Jordan Majchrzak: trafił do Romy latem 2022 roku na wypożyczenie z Legii Warszawa i występował przede wszystkim w Primaverze, ale 12 marca 2023 roku José Mourinho dał 18-letniemu wówczas napastnikowi szansę debiutu w pierwszej drużynie, wpuszczając go z ławki w przegranym 3:4 meczu Serie A z Sassuolo. Był to jego jedyny oficjalny występ w seniorskiej Romie – po zakończeniu sezonu Giallorossi nie zdecydowali się na wykup, a Majchrzak wrócił do Legii.
- Radosław Żelezny: trafił do Romy latem 2025 roku po trzech sezonach spędzonych w młodzieżowych zespołach Juventusu i przez większość pobytu występował w Primaverze, gdzie nie był jednak niekwestionowanym numerem jeden; w pierwszej drużynie nie zadebiutował, choć kilkukrotnie znajdował się na ławce rezerwowych. W sierpniu 2026 roku odszedł do trzecioligowej Perugii, gdzie miał zrobić kolejny krok w rozwoju i rozpocząć regularną rywalizację w seniorskim futbolu.