Zanim hymn Romy stał się stadionowym rytuałem, zabrzmiał na Olimpico niemal przypadkiem: przez kilka sekund, po jednym golu Domenico Penzo. Czasem historia klubu zaczyna się nie od wielkich planów, lecz od odruchu, igły położonej na płycie i trybun, które natychmiast rozpoznają coś własnego.
Il Romanista – T. Cagnucci | Są w dziejach klubów momenty, które po latach wyglądają jak starannie ustawiona scena. W rzeczywistości często rodzą się z przypadku, przekory, osobistej ambicji albo zwykłej potrzeby serca. Hymn Romy, ten najbardziej romanistyczny z romanistycznych znaków, nie wziął się z uchwały, marketingowego projektu ani chłodnej kalkulacji. Narodził się w Rzymie lat 70., wśród muzyków, kibiców, klubowych napięć i piłkarskiej codzienności, w której każde słowo wypowiedziane po drugiej stronie Tybru potrafiło stać się iskrą.
11 grudnia 1974 roku, cztery dni przed meczem Roma – Fiorentina, Giorgio Chinaglia mówił na łamach „Il Messaggero”: „Tu potrzebny jest hymn, a nawet podwójny hymn. W Anglii nie wygwizduje się piłkarzy: jeśli zachowują się dobrze, publiczność ich dopinguje śpiewem, jeśli grają źle, upomina ich w ten sam sposób. Zaproponuję klubowi, żeby rozważył tę inicjatywę. Jestem gotów nagrać je osobiście. Byłoby pięknie oddalić gwizdy od Olimpico”.
Chinaglia mówił oczywiście z pozycji laziale. A jednak, paradoksalnie, właśnie ta deklaracja dobrze pokazuje atmosferę, w której rodził się hymn Romy. Stadion Olimpijski miał potrzebę innego języka niż gwizdy. Potrzebował melodii, która nie tylko opisywałaby drużynę, ale pozwalała ludziom powiedzieć coś o sobie.
Chinaglia od pewnego czasu myślał o hymnie. Już w lutym 1974 roku nagrał utwór „I’m football crazy” do czołówki filmu „L’arbitro”. Dla Giampiera Scalamogny, znanego jako Gepy, był to widok trudny do zniesienia. Gepy, wielki romanista, wspominał po latach, że w studiach RCA zobaczył Giorgio Chinaglię nagrywającego swoją piosenkę. I właśnie wtedy powiedział sobie: „Muszę napisać hymn dla Romy”.
Nie była to więc historia o wielkim zamówieniu z góry, lecz o reakcji romanisty, który nie chciał zostawić symbolicznej przestrzeni rywalom. Gepy opowiadał w 2007 roku, podczas spotkania zorganizowanego przy okazji wystawy UTR na 80-lecie Romy, że pomysł przyszedł mu w drodze z via dei Prati Fiscali w stronę Montesacro, kiedy jechał do RCA przy via Sant’Alessandro. Gdy dotarł na miejsce, wszedł do sali z pianinem i spróbował melodii, którą chwilę wcześniej ułożył w głowie.
Potem poszedł do Antonella Vendittiego. Gdy zanucił motyw z pierwszymi słowami: „Roma, Roma, Roma”, Venditti miał natychmiast dopowiedzieć: „serce tego miasta”. Gepy uznał, że jeśli cały tekst pójdzie w tym kierunku, sprawa będzie wygrana. Ale tekst nie powstał od razu. Po dwóch miesiącach czekania Gepy usiadł z Sergiem Bardottim i dopiero wtedy słowa nabrały ostatecznego kształtu.
To ważne, bo hymn Romy nie był tylko piosenką o klubie. Od początku miał w sobie coś więcej: nie tyle deklarację sportowej sympatii, ile próbę uchwycenia więzi miasta, ludzi i drużyny. Nieprzypadkowo pierwsza fraza działa tak mocno. Nie opowiada o tabeli, zwycięstwach, trofeach ani bohaterach z boiska. Zaczyna od Romy jako serca miasta.
Kiedy Chinaglia w grudniu 1974 roku publicznie zastanawiał się nad hymnem laziale, hymn Romy był już napisany. Co więcej, prezes Gaetano Anzalone i cała pierwsza drużyna, z Nilsem Liedholmem i Giacomem Cordovą na czele, zdążyli go już usłyszeć. Brakowało tylko stadionowego chrztu. Ten miał nadejść szybciej, niż ktokolwiek mógł zaplanować.
11 grudnia Roma przebywała na zgrupowaniu w Grottaferracie przed meczem z Fiorentiną. Entuzjazm po wygranych derbach był tak duży, że klub musiał tonować nastroje organizacyjnie. Dwa dni później, chcąc ograniczyć poranne zgromadzenia pod bramami stadionu, ogłoszono komunikat: „Klub przygotował otwarcie bram na godzinę 12:30, dlatego kieruje gorący apel do wszystkich kibiców, by nie pojawiali się przed bramami we wczesnych godzinach porannych. Liczne grupy chłopców stoją tam już od 8!”.
Mecz z Fiorentiną miał znaczenie nie tylko emocjonalne. Roma, po katastrofalnym początku sezonu, wciąż znajdowała się w dolnych rejonach tabeli, ale zwycięstwo mogło przybliżyć ją na trzy punkty do drugiego miejsca. W takich okolicznościach Olimpico potrafi oddychać inaczej: niecierpliwie, nerwowo, jakby każdy atak mógł rozstrzygnąć coś większego niż sam wynik.
Samo spotkanie nie było piękne. Przez długie minuty bardziej męczyło, niż porywało. W 35. minucie Antognoni uciekł prawą stroną i dośrodkował, Paolo Conti wyszedł z bramki, lecz przy próbie wybicia stracił podparcie. Zdołał jednak odbić piłkę na rzut rożny i uprzedzić Speggiorina. Pod koniec pierwszej połowy Rocca ruszył lewym skrzydłem, jego dośrodkowanie zamknął Prati, ale strzał głową poważnie zatrudnił Superchiego. Tyle było z pierwszej części.
Po przerwie gra znów toczyła się powoli. W 14. minucie Saltutti długim podaniem uruchomił kontrę, a Caso stanął oko w oko z Paolo Contim. Bramkarz Romy zamknął mu kąt i zatrzymał strzał ciałem. Dopiero później rzymianie zaczęli przejmować kontrolę, a trybuny pchały drużynę do przodu.
Najlepszy tego dnia Cordova rozrzucił piłkę do Negrisolo, a ten z lewej strony posłał w pole karne dośrodkowanie niemal idealne. Na dalszym słupku czekał Penzo. Uderzył głową, Superchi rozpaczliwie interweniował przy pomocy słupka i zdołał wybić piłkę sprzed linii. Ale Penzo wrócił do niej wślizgiem. Tym razem już bez subtelności, z gniewem napastnika, wpakował ją do siatki. Był to jego jedyny gol w barwach Romy.
I właśnie wtedy wydarzyło się coś, co po latach trudno oddzielić od legendy. Walter Colli z „Momento Sera” opisał, że pracownik odpowiedzialny za stadionowy system nagłośnienia natychmiast położył igłę na płycie Vendittiego, wybranej jako oficjalny hymn Romy, dołączając w ten sposób do powszechnej euforii. Ktoś jednak szybko kazał mu przerwać.
Przez kilka sekund, może dziesięć, po Olimpico popłynęło: „Roma, Roma, Roma, serce tego miasta, jedyna wielka miłości tylu ludzi, przez którą tyle się wzdycha…”. Wystarczyło. Stadion usłyszał melodię i słowa, które nie potrzebowały długiego wprowadzenia. Tak rodzą się rytuały: czasem nie przez pełną premierę, ale przez urwany fragment, który trafia dokładnie tam, gdzie powinien.
Nigdy wcześniej na Olimpico nie wydarzyło się coś takiego. Gol Penzo uruchomił nie tylko radość po zwycięstwie nad Fiorentiną. Uruchomił gest, który z czasem stał się jednym z najważniejszych znaków domowych meczów Romy. Hymn miał później swoje przerwy, powroty, momenty codzienne i momenty uroczyste. Mógł zabrzmieć także poza Rzymem, jak 17 maja 2007 roku na San Siro, po finale Inter – Roma, gdy Giallorossi zdobyli Puchar Włoch.
Ale początek pozostaje tamten: grudniowe popołudnie 1974 roku, trudny mecz, jeden gol Domenico Penzo i ktoś przy stadionowym gramofonie, kto w euforii zrobił rzecz prostą, a zarazem przełomową. Położył igłę na płycie. Resztę dopisała Roma.
Komentarze