Na dzień przed starciem Juventusu z Romą w Turynie Gian Piero Gasperini spotkał się z dziennikarzami i odniósł się do bieżących tematów.
Przed 16. kolejką Serie A i wyjazdowym starciem z Juventusem Gian Piero Gasperini opowiedział o stanie drużyny, wyborze Romy zamiast Juve, roli Dybali i znaczeniu czteropunktowej przewagi w tabeli. Szkoleniowiec Romy poruszył też temat ewolucji włoskiej piłki oraz rozwoju Matíasa Soulé.
Jak się ma drużyna? I w jakiej dyspozycji jest Dowbyk?
– Dowbyk wciąż nie wrócił w pełni do zdrowia. Trenuje już od dłuższego czasu, ale nadal odczuwa problemy przy uderzeniu na bramkę. Poza nim wszyscy są dostępni, jeśli nie liczyć dwóch zawodników, którzy odeszli z klubu, oraz Hermoso, który ma drobny kłopot i liczymy, że uda się go szybko rozwiązać.
Byłeś brany pod uwagę przez Juventus. Dlaczego ostatecznie zdecydowałeś się na Romę?
– Projekt Romy był trudniejszy, dlatego go wybrałem. Jestem zadowolony z tego, jak to się potoczyło. Teraz stajemy przed meczem o ogromnym znaczeniu, przeciwko bardzo silnej drużynie, która zawsze ma możliwość dalej się wzmacniać. W jej DNA jest rywalizacja na najwyższym poziomie i walka o zwycięstwo w każdym sezonie. My przyjeżdżamy do Turynu po dobrym meczu z Como i udanym występie w Glasgow. Chcemy sprawdzić się na tle takiego rywala, bo liga weszła właśnie w najciekawszą fazę.
W jakiej formie jest Dybala? Statystyki sugerują, że Roma częściej wygrywa, gdy gra z klasycznym środkowym napastnikiem. To tylko liczby?
– Nie wiem, na ile takie statystyki są miarodajne, natomiast kluczowe jest dla mnie to, by mieć w składzie środkowego napastnika. Tak ustawialiśmy się zawsze, niezależnie od tego, kto akurat grał. Nigdy nie wychodziliśmy w dziesięciu. Jeśli chodzi o Dybalę, ocenimy go dzisiaj na treningu. Sprawdzimy, jak reaguje i dopiero wtedy zdecydujemy, czy może zacząć mecz w podstawowym składzie, wejść z ławki czy usiąść na niej tylko awaryjnie. Nie widzę u niego problemu z motywacją. Zawodnik o takim poziomie nie ma z tym kłopotów. Chodzi wyłącznie o dyspozycję fizyczną. Musi być gotowy do sprintu, strzału, gry na swoim najwyższym poziomie, tak by odpowiadało to oczekiwaniom wobec niego.
W październiku mówiłeś, że pozycja lidera jest jeszcze trochę przypadkowa. Jak dziś patrzysz na cztery punkty przewagi nad Juventusem?
– Myślę, że wykonaliśmy dobrą robotę. Piętnaście rozegranych spotkań to już poważna seria, z której można wyciągać wnioski. Nie wiem, czy jesteśmy jedną z najsilniejszych drużyn w lidze, czy najsilniejszą w ogóle, bo konkurencja na górze tabeli jest duża. Uważam natomiast, że piłkarze świetnie pracowali w tych miesiącach. W większości meczów spisali się bardzo dobrze, także w takich, których nie udało się wygrać. Niewiele było występów naprawdę rozczarowujących.
– Widzę zespół z dużą motywacją, który rozwinął się pod względem technicznym i jakościowym, a także jeśli chodzi o organizację gry i spójność. Mało straconych goli to nasza mocna strona, ale jednocześnie drużyna tydzień po tygodniu stara się stwarzać sytuacje bramkowe i w ostatnim okresie konsekwentnie znajduje sposób, by trafić do siatki.
Za chwilę otwiera się okno transferowe. Chcesz o tym mówić? Jakich profili szukasz? A może odniesiesz się do nazwisk Zirkzee i Raspadoriego?
– Nie, na ten temat nie chcę teraz rozmawiać. Jutro gramy bardzo ważny mecz. Jedziemy na stadion Juventusu, który traci do nas cztery punkty, i dla nich to kluczowa okazja, by spróbować się do nas zbliżyć. Dla nas z kolei stawką jest utrzymanie ich na dystans lub nawet powiększenie przewagi. Cała nasza uwaga skupiona jest na tym spotkaniu. To przyjemne uczucie przyjechać do Turynu na mecz na takim poziomie, z taką tabelą. Na resztę przyjdzie czas, teraz po prostu nie jest odpowiedni moment na rozmowy o mercato.
Jak bardzo zmienił się Juventus od początku sezonu po przyjściu Spallettiego? I jaki masz z nim dziś kontakt?
– Z Luciano łączy mnie relacja przyjacielska. Kiedy prowadził Inter, zdarzało nam się spotykać, a gdy pracował z reprezentacją, często rozmawialiśmy, bo powoływał kilku naszych piłkarzy i wielokrotnie przyjeżdżał do Zingonii. Odkąd jest w Juventusie, kontaktujemy się rzadziej, lecz kiedy się zobaczymy, na pewno przywitamy się serdecznie. Między nami panuje spokojna, dobra atmosfera.
– Wydaje mi się, że stara się przenieść do Juve swoją wizję gry, wychodząc przy tym z już ukształtowanej bazy. Ostatnie mecze, choćby ten w Bolonii czy w Lidze Mistrzów, pokazują, że zespół zrobił postęp i zanotował wzrost przynajmniej pod względem wyników. Grać przeciwko Juventusowi jest zawsze trudno, bo to drużyna z piłkarzami wysokiej klasy. Każde takie spotkanie ma duży ciężar gatunkowy. Dla nas to ważny punkt odniesienia i okazja, by sprawdzić, na jakim poziomie faktycznie się znajdujemy.
Czuć po piłkarzach, że ten mecz jest dla nich szczególny? A dla ciebie Juventus to rywal jak każdy inny?
– W całych Włoszech, a może nawet w całej Europie, mecze z Juventusem są odbierane jako wyjątkowe. Wiążą się z ogromną motywacją i bardzo mocno przeżywaną rywalizacją na każdej arenie. Z mojego punktu widzenia, także ze względu na wcześniejsze doświadczenia pracy w ich sektorze młodzieżowym, takie sytuacje hartują drużynę. Zespół niemal zawsze mierzy się wtedy z przeciwnikiem niesamowicie zmobilizowanym. To potrafi być atutem, a nie problemem.
– W mojej karierze Juventus był stałym punktem odniesienia. Niezbyt często udawało się go pokonać. Znacznie częściej przegrywałem, zwłaszcza w latach, gdy zdobywali dziewięć mistrzostw z rzędu i konfrontacja z nimi była naprawdę trudna. Jeśli jednak wygrywałeś taki mecz, znaczyło to, że jesteś bardzo mocny i funkcjonujesz na najwyższym poziomie. Nawet w słabszych sezonach to wciąż jedna z najlepszych drużyn w lidze.
Czy ostatnie dwa występy Renscha cię przekonały? Czy Celik może wrócić do gry w trójce stoperów? I co dokładnie dzieje się z Hermoso?
– Hermoso ma przeciążenie i staramy się doprowadzić go do pełnej dyspozycji. To nie jest naderwanie ani poważna kontuzja mięśniowa, nic w tym rodzaju. Wolałbym jak najmniej ruszać strukturę drużyny. Jeśli cofam Celika, muszę przesunąć też wahadłowego, często Manciniego, i nagle robi się tak, że przestawiasz trzech zawodników, aby zastąpić jednego. To nie jest idealne rozwiązanie.
– Brak Ndicki zmusza nas jednak do szukania wariantów. Opcje są jasne: Ziółkowski, Celik, Ghilardi. Gdyby zabrakło również Hermoso, a do tego Renscha, sytuacja byłaby zdecydowanie trudniejsza.
Żeby doprecyzować: kiedy wspominałeś o Renschu, chodziło ci także o możliwość gry jako jednego z trzech stoperów?
– Tak, biorę go pod uwagę również w tej roli.
Mecz z Como był także starciem dwóch różnych filozofii gry. Twoje podejście inspiruje wielu trenerów. Jak postrzegasz dziś rozwój włoskiej piłki pod kątem „nauczania” gry?
– Piłka nożna składa się z wielu elementów. Można grać dobrze albo źle na różne sposoby i można osiągać wyniki na bardzo różne metody. Całe szczęście, że tak jest. Gdyby futbol był prosty, ograniczony do jednego modelu, nie budziłby takiego zainteresowania. To zostawia miejsce zarówno na duże nowości, jak i na drobne korekty czy detale.
– Jest jednak coś, co obecnie podoba mi się mniej. Chodzi o sposób wykorzystania bramkarza. Uważam, że tę sferę trzeba przyspieszyć, bo przepis o ośmiu sekundach prawie nie funkcjonuje. Często widzimy sytuację, w której piłka leży na ziemi, a mija kilkadziesiąt sekund, zanim bramkarz wznowi grę. Korzysta na tym fakt, że dziś golkiper świetnie gra nogami, ale przy okazji mocno spowalnia tempo meczu.
– Druga kwestia to łączny czas, w którym ma piłkę przy nodze. W starciu Como z Interem bramkarz dotykał piłki 51 razy. Kibice tego nie lubią. Piłka nożna to gra do przodu. Podania w tył do bramkarza i posiadanie piłki dla samego posiadania stają się w pewnym momencie karykaturą. Trudno wtedy mówić o takim „posiadaniu”, które niesie emocje. Publiczność chce oglądać pojedynki, dryblingi, odważne zagrania, grę pionową.
– Jeśli nic się w tej sferze nie zmieni, ryzykujemy, że futbol stanie się mniej atrakcyjny, momentami zbyt podobny do futsalu – przyjemnego do grania, ale nie zawsze dla oka. Jako ktoś, kto kocha ten sport, uważam, że trzeba szukać rozwiązań, które popchną grę do przodu, a nie do tyłu. Nie jest łatwo to uregulować, ale kiedy widzę bramkarza, który trzyma piłkę przy nodze 10, 20 czy 30 sekund, a reszta stoi, trudno mówić o dobrym widowisku. Wolę oglądać piłkę częściej przy nogach zawodników grających z przodu.
Jak oceniasz rozwój Matíasa Soulé?
– Jestem zadowolony zarówno z niego, jak i z całej drużyny. Zespół gra z ogromnym zaangażowaniem i cieszy się wsparciem kibiców nawet wtedy, gdy wynik nie do końca spełnia oczekiwania. To dla mnie kluczowy sygnał. Soulé należy do tych, którzy wyróżniają się szczególnie. Ma cechy, o których przed chwilą mówiłem: odwagę w grze, drybling, fantazję. Właśnie takie rzeczy kibice lubią najbardziej.
Komentarze