Przed niezwykle ważnym meczem z Atalantą Gian Piero Gasperini odniósł się nie tylko do sytuacji kadrowej Romy, ale też do napięć, które narosły w ostatnich dniach po wypowiedziach Claudio Ranieriego. Trener podkreślił jednak, że jego celem pozostaje wyłącznie dobro drużyny i pełne skupienie na walce o Ligę Mistrzów.
Zapis konferencji prasowej:
Na początku chciałeś zabrać głos w sprawie wydarzeń z ostatnich dni. Co chciałbyś powiedzieć?
– Uprzedzę was od razu. Po wywiadzie z ubiegłego piątku powstała cała ta sytuacja. Dla mnie to było ogromne zaskoczenie, ponieważ ani na konferencjach w obecności innych osób, ani w bezpośrednich relacjach między mną a Ranierim nigdy nie było innego tonu. To było coś zupełnie niespodziewanego. Przez wiele miesięcy nigdy nie miałem takiego odczucia ani nie odbierałem od niego takich tonów.
– Od tamtego momentu martwiłem się przede wszystkim o to, żeby nie odpowiadać, a później, choć zostałem w to mimowolnie wciągnięty, próbowałem nie stworzyć żadnej szkody ani trudności dla drużyny. Robiłem to także z szacunku dla publiczności, bo na stadion przychodzi i przyjdzie 60 tysięcy ludzi, żeby obejrzeć mecz. To ważne spotkanie, na wysokim poziomie, w którym wciąż mamy o co grać. Chciałbym, żebyśmy rozmawiali właśnie o tym. W tym tygodniu nie zabierałem głosu i próbowałem zrobić wszystko, by temu zapobiec, ale z mojej strony było to niemożliwe. Dziś chciałbym rozmawiać o piłce, z szacunku dla meczu, który w 33. kolejce, po całym sezonie wspólnej pracy, zapowiada się jako naprawdę piękne spotkanie.
Przez cały tydzień mówiło się głównie o relacjach wewnątrz klubu, a nie o sporcie. Jak trudno było przygotować tak ważny mecz w walce o Europę?
– Siłą rzeczy musiałem przyjąć cały ten medialny impakt, który się pojawił. Dla mnie, dla drużyny i dla jutrzejszego meczu alibi jest zerowe. W głowie mamy tylko jedno: zagrać spotkanie po 32 kolejkach sezonu, w momencie bardzo bliskim końcowemu sprintowi. Jutro będzie to mecz bardzo ważny dla obu drużyn, ale przede wszystkim dla nas. Starałem się przenieść koncentrację wyłącznie na płaszczyznę techniczną, na sam mecz, właśnie po to, by nie stwarzać ani alibi, ani szkody dla drużyny i dla ludzi. To było dla mnie fundamentalne, to był mój jedyny cel. Wreszcie jutro zagramy i będziemy mogli zmierzyć się o ten cel na boisku.
Jak wygląda sytuacja Wesleya? I czy wewnątrz klubu istnieje napięcie związane z zarządzaniem kontuzjami i powrotami zawodników?
– Tak, czasami jest to także powód do konfrontacji i wewnętrznych dyskusji. To dość normalne. Wesley czuje, że może grać, ma ogromną hojność i wielką chęć występu. Wykonuje sprinty, przyspieszenia i strzały, ale część medyczna, być może słusznie, nie wiem, uważa, że istnieje ryzyko i nie chce ryzykować. Wokół tego rodzą się dyskusje i problemy. Od tego jednak do robienia z tego całkiem innej historii jest bardzo daleka droga.
– Tak samo jest w przypadku Wesleya. On ma niesamowitą wolę, by wziąć udział w tym meczu, ale z drugiej strony coś go hamuje. Zobaczymy do jutra. Jeśli od lekarza przyjdzie wskazanie, że nie, to nic nie mogę zrobić. To wszystko mieści się w normalnej dialektyce: próbować mieć odwagę, ale nie mogę wymuszać pewnych sytuacji. Wszyscy trenerzy są uzależnieni od medycznego „tak” zanim będą mogli skorzystać z piłkarza.
Czy zamieszanie z tego tygodnia może wpłynąć na zawodników?
– Nie, zero. Musimy zagrać ważny mecz. Żadnych alibi. Wręcz przeciwnie, być może dojdzie nam trochę dodatkowego paliwa. Myślę, że ludzie to rozumieją i będą jeszcze mocniej wspierać drużynę.
Czy czujesz się dziś bliżej czy dalej pozostania trenerem Romy w przyszłym sezonie?
– Wciąż rozmawia się o innych rzeczach, a ja chcę mówić o meczu. Nie chcę stwarzać żadnego problemu, a przy takich pytaniach problemy się tworzą. W sprawie innych tematów postawiłem kropkę. Jeśli chcecie, porozmawiajmy o piłce i o jutrze. W tych kwestiach już zamknąłem temat.
Macie kilka absencji, zwłaszcza w ataku. Możesz dać jakieś wskazówki dotyczące składu?
– Soulé, Malen… Poza piłkarzami, którzy są poza grą i wracają do zdrowia, nic się nie zmieniło w porównaniu z poprzednim tygodniem, poza tym, że straciliśmy Pellegriniego. To szkoda, także ze względu na charakter jego urazu. Są El Shaarawy, Zaragoza, jest jeszcze kwestia Pisillego, który na początku tygodnia skręcił kostkę, ale wygląda na to, że dość dobrze się odbudował. Musimy to jeszcze ocenić dzisiaj. Alternatywy są takie, jakie są.
Jako człowiek futbolu z ogromnym doświadczeniem: czy awans do Ligi Mistrzów albo jego brak może wpłynąć na pewne decyzje?
– O to trzeba pytać klub. Klub od początku bardzo jasno określał cele tego sezonu, podobnie jak Ranieri. Ja zawsze uważałem, że przy naprawdę niewielu rzeczach mogliśmy i nadal możemy to osiągnąć, bo wciąż jesteśmy w grze. Od początku naciskałem w tym kierunku, żeby spróbować zrealizować cel od razu. Zwykle to cele ustala się wysoko, a trener próbuje je obniżać. Tym razem było odwrotnie. Ja widziałem to od pierwszego dnia, a tym bardziej w styczniu, i cały czas naciskałem w tym kierunku, by poprawiać drużynę.
– Nawet dziś, mimo wszystkich absencji z ostatnich miesięcy, od końca grudnia, nadal w to wierzę. W pierwszej części sezonu nigdy nie mieliśmy tak ciągłych i tak długich ubytków. Były urazy Baileya, Fergusona i Dowbyka, ale potrafiliśmy to kompensować. Od stycznia doszły Soulé, przede wszystkim Dybala, El Shaarawy. Mimo to, z kilkoma dodatkowymi pomysłami, zawsze uważałem, że moglibyśmy mieć więcej szans. To jednak mieści się w normalnej dialektyce, jaka istnieje w każdej firmie. Nigdy wcześniej z Ranierim nie było tak agresywnych tonów. A mimo wszystko jesteśmy tutaj i nadal wierzymy.
– Jeśli uda nam się pokonać bardzo silny zespół, który prawdopodobnie jest przy swojej ostatniej szansie nie tylko w rywalizacji z nami, ale także z Juventusem i Como, będzie to bardzo wiele znaczyć. To drużyna, która ma za sobą konkretną historię, która w poprzednim sezonie była trzecia, która jest mocna, ma szeroką kadrę i grała w Lidze Mistrzów. To twarda przeszkoda. Kiedy pracowałem w Atalancie, uważałem Romę za granicę do przekroczenia. Jeśli ją pokonywaliśmy, byliśmy w Europie, a prawdopodobnie także w Lidze Mistrzów. Teraz jestem po tej stronie i mówię, że Atalanta jest drużyną na Ligę Mistrzów. Jeśli ją pokonamy, zasłużymy, żeby w tej Lidze Mistrzów grać. Oczywiście są jeszcze Inter, Juventus, Milan i Napoli, które zawsze były krok przed nami, ale taki właśnie parametr sobie stworzyłem. Atalanta jest drużyną zbudowaną na Ligę Mistrzów, z ważną kadrą, i właśnie tak na to patrzę z perspektywy Romy.
Ile brakuje Romie do poziomu drużyn Ligi Mistrzów i co najbardziej cię martwi w perspektywie przyszłości?
– Nie powiedziałem, że taka różnica istnieje. Zawsze mówiłem, że staram się pracować nad poprawą mojej drużyny. Zawsze naciskałem i motywowałem w tym kierunku, zgodnie z moją wizją futbolu. Zostałem tu sprowadzony po to, by rozwijać zespół według mojego pomysłu na grę. Taka zawsze była moja intencja, bez żadnych drugich planów. Chciałem ulepszać drużynę, żeby jeśli to możliwe, osiągnąć cel od razu. Bez kontuzji byłoby to zapewne łatwiejsze, ale i tak próbujemy. Dla mnie cel pozostaje ten sam.
Nikt nie zna Atalanty lepiej od ciebie, a dziś prowadzi ją twój były uczeń Palladino. W pierwszym meczu było trochę napięcia. Jak dziś na to patrzysz?
– Raffaele znam od jego siedemnastego roku życia, jeszcze z czasów, gdy prowadziłem Primaverę. Widziałem go w Serie C, trenowałem go w Primaverze, z którą wygraliśmy Viareggio, a później także w Genoi. Kiedy był trenerem Primavery Monzy, często przyjeżdżał do Bergamo i myślę, że byłem dla niego jednym z punktów odniesienia. To normalne, że w trakcie meczu pojawia się napięcie, bo każdy ciągnie w swoją stronę. Po meczu to już co innego. Piłka jest piłką i dobrze, że tak jest. Miałem kiedyś przyjaciół, z którymi na boisku okładaliśmy się niemiłosiernie, a potem szliśmy razem na kolację. Rywalizacja niestety składa się też z takich sytuacji, ale wszystko musi mieścić się w prawach sportu.
– Wiem, że czeka nas drużyna bardzo dobrze zbudowana. Odchodziłem z Bergamo mając jeszcze rok kontraktu i przy woli klubu, by go przedłużyć, ale uważałem, że ten cykl się zakończył, bo trudno byłoby zrobić więcej. Od miesięcy mówiłem, że nie przedłużę umowy. W Romie zobaczyłem wyjątkową możliwość i jestem zadowolony z wyboru, którego dokonałem. W Bergamo była to historia trwająca dziewięć lat, po ośmiu latach w Genoi, więc może jednak nie jestem aż tak strasznym człowiekiem. Oczywiście przez dziewięć lat mogą pojawić się różne punkty widzenia, ale w granicach normalności. To chyba zdarza się nawet między mężem a żoną. Kiedy jest się razem wiele lat, można wyciągnąć trzy, cztery czy pięć momentów starcia. Ale ile można wyciągnąć tych pozytywnych? Pięćdziesiąt? Sto pięćdziesiąt?
– Dokonałem tego wyboru i cieszę się, że go dokonałem. Właścicielem nie był już Antonio Percassi, a postrzeganie roli trenera nie było już takie samo. Mówię to bez żadnego problemu. Gdy to zrozumiałem, po zakończeniu sezonu i w momencie, gdy klub pozwolił mi rozmawiać z innymi drużynami, zmieniłem otoczenie. W przeciwnym razie zostałbym jeszcze rok.
Czujesz, że tutaj możesz podnieść poprzeczkę wyżej?
– Przyszedłem tutaj właśnie z takim nastawieniem, a później zobaczymy. Na razie jesteśmy tutaj i gramy o te ostatnie sześć meczów. Przyszedłem z tym duchem i z takim przekonaniem. Dokonałem takiego wyboru również wobec innych możliwości, bo uznałem, że Roma to miejsce, w którym jeśli zrobi się coś dobrego, satysfakcja jest ogromna. Przyszedłem tutaj właśnie z takim nastawieniem.
Czy jutro łatwiej będzie Romie odbierać piłkę wysoko czy budować od tyłu?
– To dwa zespoły bardzo podobne pod tym względem. Dla nas pierwszy mecz zaczął się bardzo dobrze, potem jednak cierpieliśmy przez ich pressing i ich chęć zwycięstwa. To dwie wyrównane drużyny, mówi to także tabela, nawet jeśli my jesteśmy przed nimi. To zespoły, które dobrze się znają. Doskonale wiem, że tamci chłopcy mają wyjątkowy trzon, który zawsze gwarantuje konkurencyjność, ale moi chłopcy przez cały rok pokazywali niesamowitego ducha. Uważam, że jutro czeka nas naprawdę piękny mecz, bardzo trudny i bardzo wyrównany dla obu stron. O tym chcę rozmawiać.
– Jestem przekonany, że będziemy mieli także ludzi, którzy jeszcze mocniej pomogą naszym zawodnikom. Jeśli przegrasz, ten mecz staje się bardzo ważny w negatywnym sensie, jeśli wygrasz, podnosisz swoje szanse. Zagramy o to razem z kibicami, którzy muszą myśleć o meczu. I przykro mi z tego powodu, bo ludzie powinni zajmować się wspieraniem własnej drużyny w takim spotkaniu.
Czy jest coś z Atalanty, co chciałbyś mieć tutaj, w Romie?
– W Romie jest wszystko, przede wszystkim w drużynie i w otoczeniu zewnętrznym, aby robić dobre rzeczy, może z innymi cechami. W Bergamo mogłem pracować dobrze, ponieważ otaczający mnie kontekst był bardzo zwarty. Praca klubu była wyjątkowa. Ponieważ była to jedna drużyna i małe miasto, wszystko było zjednoczone wokół zespołu i klubu, co stworzyło idealny klimat. Z czasem zbudowano silny zespół, przez wiele lat, w którym nie było tylko młodych piłkarzy sprzedawanych za wielkie pieniądze, dzięki czemu klub bardzo się wzbogacił. Wystarczy pomyśleć o Lookmanie, Reteguim, Ruggierim, a do tego dochodzą wpływy z Ligi Mistrzów.
– Siłą klubu było jednak to, że wspólnie ze mną zbudował drużynę, w której byli nie tylko młodzi, ale też Gómez, Zapata, Ilicić, De Roon, Toloi, czyli bardzo mocny trzon utrzymywany przez lata, a później zastępowany i uzupełniany przez kolejnych, takich jak Ederson czy Djimsiti. Zespół bardzo się zmieniał, ale zawsze istniało jądro złożone nie tylko z chłopaków i młodzieży, przy jednoczesnych ogromnych przychodach dla klubu ze sprzedaży i reinwestowania z zyskiem. Anomalia Atalanty polegała na tym, że przez dziewięć lat grała w Europie, przeciwko najlepszym włoskim i europejskim drużynom, i każdego roku generowała zyski. To nie tylko moja zasługa, ale w dużej mierze zasługa klubu, który potrafił działać w harmonii z trenerem. W pewnym momencie ta harmonia, trochę przez zmianę właściciela, a trochę dlatego, że nie było już ojca, z którym byłem bardziej związany…
Komentarze
"Od początku naciskałem w tym kierunku, żeby spróbować zrealizować cel od razu… itd. – to wygląda jakby się pokłócili o cele na ten sezon. Gasp chce LM a zarząd już nie koniecznie. Jeśli tak, to oczywista jest różnica w ocenia zimowych transferów. Faktycznie dość dziwna sytuacja kiedy cele trenera przerastają cele zarządu. Wiele to jednak tłumaczy, to jakby Ranieri chciał powiedzieć: "Gasp, do kogo masz pretensje, sam sobie wymyśliłeś LM a nas się czepiasz!"
Gasperini chciał od razu inwestycje w piłkarzy i od razu atak na Ligę Mistrzów. Klub wiedział że się nie da, bo jest FFP i nie ogarną finansowo jego mokrych snów, bo jak, więc go hamowali. I tu się zgadzam. Cele trenera prawdopodobnie były inne niż klubu.
A mi się nie chce wierzyć aby Raniemiermu mogło się aż tak coś odkleić pod deklem ?
Jednak wszystko wskazuje że coś mu się odkleiło, w wywiadach Gasp stara się łagodzić i nie wywalać z armaty. Ranieri natomiast dla odmiany jedzie po nim jak po burej suce. Ja uważam że stawianie sobie ambitnych planów nie jest czymś złym, kilka kontuzji mniej, 2 lepszych zawodników kupionych zimą i bylibyśmy przed Juve … bo brakuje nie wiele. Więc czemu my nie chcemy i Ranieri walczyć o LM … kupując Vaza, Zaragoze i Venturino zamiast zawodników gotowych do gry od razu strzelamy sobie w kolano.
Kupili mu co chciał. Na każdy transfer Gasperini odpowiadał pozytywnie. Więc o co chodzi? O tym też Ranieri mówił. A jak Gasp chciał wydać 500 mln euro, to trzeba było iść do MU, Chelsea czy innego Liverpoolu.
Może tą właśnie pułapkę "ligi mistrzów" musimy przełamać, 6 lat budowaliśmy drużynę na już i wyniki na wczoraj,może trzeba zmienić podejście i zbudować drużynę na 2030 rok, a nie na 2027 czy 2026?
Nie chcesz szkodzić? To spiep…. dziadu!!!
Prędzej uwierzę Ranieriemu niż siwemu!
https://www.goal.pl/serie-a/gasperini-nie-wytrzymal-poplakal-sie-i-wyszedl-z-konferencji/