F. Vecchio: „Może to tylko sen, ale…”

Wyszedłem z Olimpico z tym samym uczuciem co zawsze po takich meczach: ulgą, zmęczeniem i myślą, że to wciąż tylko sen. Ale sen, który wciąż trwa.

fot. © asroma.com

Il Romanista – F. Vecchio | „To są trzy punkty na wagę złota”, „jechać do Turynu, będąc w czubie tabeli, to zupełnie inna sprawa”, „ja do dziś pamiętam gola Gabrielloniego” – pod bramkami, w kolejce do kołowrotków, słychać wszystko naraz. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość stoją obok siebie, jak zawsze przed meczem. Ktoś jeszcze żyje echem Glasgow i rzuca półżartem „oby tak było co tydzień”, ktoś inny natychmiast sprowadza go na ziemię, że „ten Celtic u nas to by w Serie A miał ciężko nawet o środek tabeli”. A potem, siłą rzeczy, rozmowa cofa się dalej: Cagliari, wcześniej Napoli. I razem z tym wraca niepokój.

Bo wszyscy mamy nadzieję, że Roma znów zacznie od tego, co było najlepsze. Od pierwszej połowy na San Siro. Tylko z jedną różnicą: żeby tym razem ktoś w końcu strzelił gola. Nadzieja jednak to jedno, a fakty drugie. Wiadomo, że zagra Ferguson. Wiadomo też, że potrafi trafić do siatki, że potrafi dać drużynie oddech i nie zmuszać jej do ciągłego transportowania piłki przez pół boiska. Ktoś przypomina „ten drugi gol był już typowo golem napastnika”, ale zaraz pada kontrargument, że zrobił to przeciwko rywalowi, który w Rzymie miałby problem nie tyle z wygraniem meczu, co z wywalczeniem remisu.

Tym razem przeciwnikiem jest jednak Como Fabregasa. Drużyna Nico Paza, drużyna gwiazd na trybunach. Zespół, który „raz robi jedno, a sto razy myśli coś innego” i dlatego może wygrać albo przegrać z każdym. I właśnie to budzi lekki niepokój. Zwłaszcza w tych, którzy – jak piszący te słowa – w sobotę jadą do Turynu. Bo czym innym jest ruszać w drogę po zwycięstwie, z głową wysoko, będąc przyklejonym do czołówki tabeli. A czym innym jechać tam po remisie po dwóch porażkach z rzędu albo, co gorsza, „po kolejnej przegranej”. To zupełnie inny ciężar w plecaku.

Najbardziej jednak czuć jedno: potrzebę, żeby znów uwierzyć. Jeśli coś można zarzucić meczom z Napoli i Cagliari, to przede wszystkim to, że odebrały nam marzenia. Bo nikt nigdy serio nie myślał o Scudetto. Ale też nikt nie będzie udawał, że kiedy jesteś wysoko w tabeli i sezon dopiero się rozkręca, nie zerkniesz ukradkiem na klasyfikację. I nie pomyślisz, że jeśli tamci zremisują, a inni też się potkną, to czemu nie. Pojawia się tęsknota za Turynem takim jak dawniej, gdy jechało się tam pewnym siebie, patrząc na Juventus z góry. Z nadzieją, że jeśli wygrasz, to potem czeka już tylko prosta droga, bez zakrętów.

Siadamy więc na swoich miejscach z tą charakterystyczną miną ludzi czekających na rozwój wydarzeń. Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdyby nie pojawiła się cicha, ledwo wypowiedziana polemika o Dybalę. Bo jeśli najlepszy piłkarz w kadrze siedzi na ławce, to znaczy, że albo nie jest zdrowy, albo trener go nie widzi. A jeśli jest zdrowy i nie gra, zaczynają się pytania. „Wszyscy widzieli, jak gra Dybala”, „w formie nie możesz go trzymać na ławce”. Pierwsze minuty mijają więc pod znakiem tego dylematu. Od „zobaczysz, wejdzie w drugiej połowie” po „Gasp trzyma go na Juve”.

Tyle że boisko szybko kradnie spojrzenie. Roma gra. I to gra dobrze. Piłka krąży, obrona domyka przestrzenie, wszystko funkcjonuje… poza jednym. Atakiem. Piłka nie chce wpaść do bramki ani razu. Na trybunach, punktowo, zaczyna się żałoba po niewykorzystanych opcjach. Jedni wzdychają za Dowbykiem, inni za Baldanzim, niemal wszyscy za Dybalą. Dla uczciwości trzeba dodać, że pojawiają się też głosy w obronie Baileya, którym – zdaniem zainteresowanych – brakuje na boisku nieprzewidywalności i strzału. Ale prawda jest prostsza. Tevere nie brakuje schematów, dryblingów ani ustawień. Tevere brakuje jednego gola. Jakiegokolwiek. Takiego, który wyrzuci z głowy ten cichy strach „że znowu się nie uda”.

Chcemy Romy ładnej i konkretnej. Nie takiej jak na San Siro, pięknej, ale bezowocnej. Nie takiej jak z Napoli, poprawnej i nieskutecznej. Nie takiej jak w Cagliari, po prostu złej. Chcemy Romy, która gra i strzela. Która nie każe nam siedzieć na rozżarzonych węglach przez dziewięćdziesiąt sześć, dziewięćdziesiąt siedem minut.

A jednak znów cierpimy. Dobrze, że pod koniec pierwszej połowy jest Svilar, bo inaczej byłoby gorzej. Po przerwie Roma zaczyna słabiej, a potem przychodzi długi fragment gry oparty na nerwach. Nerwowe odbiory, kontry marnowane jedna po drugiej, Svilar, sędzia i pytania, które zawsze wracają. Jak można, po doliczonym czasie i po przerwie na opatrywanie zawodnika, oddać piłkę Como, skoro „wszyscy widzieli, że grała ją Roma”? To dodatkowa minuta, której nie życzyłbym nawet najgorszemu wrogowi.

Ale tym razem kończy się dobrze. Naprawdę dobrze. Wesley strzela gola, Roma wygrywa 1:0, do lidera traci już tylko trzy punkty. I nagle myśli uciekają gdzie indziej. Do pociągu, do hotelu, do tej samej restauracji co zawsze. Do soboty. Do Juventusu. Do tego, w jakich nastrojach usiądziemy przy wigilijnym stole.

Bo nawet jeśli to wciąż tylko sen, mam dla was jedną wiadomość. On nadal trwa.

Komentarze

Komentarze są wyłączone dla archiwalnych wpisów.