Roma po wygranych derbach zobaczyła przed sobą upragniony cel: prostą drogę do Ligi Mistrzów. Wystarczy wygrać w Weronie, choć właśnie w tym „wystarczy” kryje się cała pułapka.
Po takich derbach łatwo dać się ponieść. Dwa gole Gianluki Manciniego, Olimpico w romanistycznej ekstazie, Lazio zepchnięte na margines i tabela, która nagle przestała wyglądać jak labirynt. Roma wygrała 2:0, Juventus się potknął, Milan zrobił swoje, Napoli też. Na 90 minut przed końcem sezonu wszystko sprowadza się dla Giallorossich do jednego zdania: wygrać z Hellasem Verona na Bentegodi.
Brzmi jak łatwe zadanie. Może nawet za łatwe. A Roma zbyt dobrze zna własną historię, żeby mylić prostą drogę z bezpieczną podróżą. Hellas jest już zdegradowany do Serie B, ale to nie oznacza, że odsunie się na bok i rozłoży czerwono-żółty dywan. Niedawny remis 1:1 z Juventusem był ostrzeżeniem, a wczorajsze 1:1 z Interem, nawet jeśli miało charakter bardziej piknikowy, przypomniało, że w Weronie nie zawsze wygrywa się samym statusem faworyta.
Roma ma obecnie 70 pkt, co jest wyrównaniem wyniku z 2020 roku. Wówczas dało to podopiecznym Fonseki piąte miejsce. W zasięgu jest zatem wynik 73 punktów, co byłoby najlepszym wynikiem od czasu, gdy Roma Di Francesco zajęła 3. miejsce w tabeli z dorobkiem 77 pkt (2018). Teraz dzięki swojej znakomitej pogoni w końcówce sezonu, drużyna Gasperiniego otrzymała od sezonu prezent. Sęk w tym, że nagrodę musi odebrać sobie sama. To zasadnicza różnica. W klubie, który przez lata potrafił komplikować sobie nawet najbardziej logiczne scenariusze, taka prostota jest niemal podejrzana. A jednak nie wzięła się znikąd. Ten sezon był budowany na momentach, które łatwo teraz połączyć w jedną opowieść. Gol Gattiego w 93. minucie dał Juventusowi tlen wtedy, gdy bez niego turyńczycy mogliby mentalnie wyjechać na wakacje znacznie wcześniej. Karny Malena w podobnej minucie meczu Parma – Roma odwrócił z kolei sezon Giallorossich, który po niepowodzeniu na Meazza wydawał się uciekać nawet największym optymistom.
Różnica polega na tym, że Roma mimo wszystko nigdy nie przestała wierzyć. Były słabsze mecze, były trudności w bezpośrednich starciach, były absencje i były momenty, w których wszystko wyglądało jak kolejna rzymska historia o zmarnowanej szansie. Ale drużyna Gasperiniego doczołgała się, dobiegła, a czasem dopchnęła samą siebie do miejsca, w którym ma własny los w rękach.
To nie jest mało. Właściwie to jest dokładnie to, czego Roma tak często nie potrafiła sobie zapewnić: ostatni mecz sezonu bez kalkulatora w dłoni, bez nerwowego nasłuchiwania z innych stadionów, bez modlitwy o cud. Wygraj i jesteś w Champions League. Cała reszta to niepotrzebny szum.
Na czele tej drogi stoi Gian Piero Gasperini. Właściwie stoi bardziej samotnie, niż powinien. Wokół Romy od lat powtarza się absurd, w którym obecność właścicieli staje się wydarzeniem, a nie normalnością. Klub zbyt często żyje przez pośredników, półpośredników, ludzi z wpływem i ludzi z opinią, którzy potrafią przesuwać nastroje, interpretacje i odpowiedzialność. Gasperini wszedł w ten świat i, jak się wydaje, dość szybko zrozumiał jego mechanizmy.
Nie jest trenerem wygodnym. Narzeka, kiedy widzi powody do narzekania. Nie owija w bawełnę, gdy uważa, że coś w środku klubu działa źle. Ale przy tym nie szuka alibi. I to jest być może najważniejsze. W ostatnich latach wokół Trigorii orbitowało wielu ludzi, którzy chętnie tłumaczyli, dlaczego się nie da. Gasperini częściej pokazuje, jak mimo wszystko pozostać konkurencyjnym. Dlatego nawet gdyby w Weronie wydarzyło się coś złego, nie wolno byłoby opisywać całego sezonu jako wyrzuconego do kosza. To byłby ogromny żal, jedna z tych ran, które długo się rozdrapuje. Ale nie byłby to sportowy bankrut. Roma ma 70 punktów po 37 kolejkach, wygrała dwa razy derby bez straty gola, czego nie zrobiła od dziesięciu lat, i stworzyła podstawy pod drużynę, która nie musi już żyć wyłącznie nadzieją.
Oczywiście, to nie znaczy, że ostatni mecz jest dodatkiem. Przeciwnie. Właśnie dlatego, że fundament został położony, trzeba go teraz przykryć awansem do Champions League. Bez niego sezon pozostanie wartościowy, ale niepełny. Z nim stanie się czymś więcej: początkiem projektu, który można budować bez ciągłego tłumaczenia, dlaczego Roma znów znalazła się o centymetr pod linią.
Największym błędem byłoby dać się ponieść nerwom lub potraktowanie Hellasu jak zdegradowanej dekoracji do naszego święta. Owszem, Verona spadła już do Serie B, ale właśnie takie drużyny bywają niebezpieczne w ostatniej kolejce. Nie grają już o punkty, za to mogą grać o godne pożegnanie z kibicami i ostatni mocny akcent w tym sezonie. Bentegodi będzie stadionem zespołu, który zechce powiedzieć swoim ludziom: spadliśmy, ale z podniesioną glową. Hellas dowodzony od lutego przez Paolo Sammarco nie przegrywa w ostatnich miesiącach różnicą kilku goli, jak Pisa. Poza ostatnimi remisami z gigantami, porażki nie były przekonywujące: wyszarpane przez rywali 0-1 z Como (Verona miała wyższe xG: 1,07 – 0,85), 0-1 z Milanem (xG 0,75 – 0,85), 1-2 z Torino (xG 1.5 – 1.3). Postawą na boisku aż trudno uwierzyć że Verona nie wygrała żadnego z 9 ostatnich spotkań (0-3-6) od czasu pokonania Bolonii na Dall’ara 8 marca. O organizacji gry werończyków pochlebnie wypowiadali się m.in. Cesc Fabregas i Luciano Spalletti.
Remis z Juve pokazał, że Hellas potrafi postawić się rywalowi walczącemu o wielki cel. Remis z Interem trzeba czytać ostrożniej, bo mistrzowie mieli już swoje sprawy załatwione, a przed wieloma zawodnikami Nerazzurrich jest jeszcze mundial. Nikt rozsądny nie będzie z tego meczu robił wielkiej próby siły Verony. Ale jednocześnie Roma nie może udawać, że jedzie do przeciwnika pozbawionego dumy.
Tym bardziej że Gasperini będzie musiał rozwiązać kilka problemów personalnych. Evan Ndicka opuścił derby już w pierwszej połowie z powodu problemu z mięśniem dwugłowym. Wyglądało to źle, a przy zbliżającym się mundialu trudno sobie wyobrazić, by klub ryzykował jego zdrowie na Bentegodi. Wesley na pewno nie zagra, bo czerwona kartka po zamieszaniu z Rovellą oznacza zawieszenie. Manu Koné pozostaje znakiem zapytania po problemie mięśniowym, który wykluczył go tuż przed derbami. Lorenzo Pellegrini wrócił do treningów z grupą, ale przeciwko Lazio nie czuł się jeszcze gotowy nawet na ławkę.
To nie są drobiazgi. Roma pojedzie po mecz o wszystko bez pełnego komfortu kadrowego, z przeciwnikiem, którego nie wolno lekceważyć, i z ciężarem celu, o którym w Trigorii mówi się od miesięcy. Z Lazio przy stanie 0:0 widać było stres i sporo niedokładności. Właśnie dlatego najbliższy tydzień będzie testem dojrzałości. Nie emocji po derbach. Nie romanistycznej euforii. Dojrzałości. Bo autostrada do Champions League naprawdę istnieje. Jest szeroka, prosta i prowadzi tam, gdzie Roma chce wrócić od lat. Ale na końcu nie ma automatycznej bramki. Trzeba jeszcze przejechać ostatni odcinek, nie wypaść z zakrętu i nie uznać, że cel został osiągnięty, zanim piłka przestanie się toczyć w Weronie.
W przypadku porażki lub remisu, musimy liczyć że zarówno Juve (vs Torino) jak i Como (vs Cremonese) maksymalnie zremisują swoje mecze. W przypadku remisu Romy i wygranych któregoś z rywali również wypadlibyśmy poza Champions (Como ma lepszy bilans bramkowy, Juve lepszy bilans bezpośredni).
Komentarze
Takze mecz z Hellasem niczym sie nie rozni od meczu z Lazio.. trzeba wygrac za wszelka cene. Mam nadzieje ze Gasp ich tak poustawia w tygodniu ze w niedziele kazdy z nich zagryzie gracza z drugie strony.
Nastawienie musi byc inne niz z Lazio bo tam bylo widac nerwy i brak ciaglosci w akcji, ale derby zawsze takie sa
Mecz o wszystko dosłownie więc muszą dać z siebie maksimum, zajechać i zabiegać rywala, podjeść do tego meczu jak do finału turnieju.
No jakby tutaj się zesrali… To ja nie mam pytań xD
Potrafiliśmy przegrać Scudetto u siebie z Sampą także tego. Ale oby tym razem los się w końcu do Nas uśmiechnął.
Pamietam ten mecz… 🙄
Ja też. Nawet miałem go cały czas w głowie podczas meczu z laczkami. Miewaliśmy niestety nie raz "gen frajerstwa", dlatego modlę się abyśmy nie wywalili się teraz na ostatniej prostej :D Póki nie ma 3 punktów z Weroną to nic nie jest jeszcze przesądzone. Dobrze, że inicjatywa jest po naszej stronie, ale nie daje nam to żadnej gwarancji. Odetchnę dopiero gdy (mam nadzieję) wygramy. Do tego czasu czekam i ściskam kciuki. Pełna pokora. Bycie kibicem Romy już mnie nauczyło tego i owego ;)
W erze maślaków taki mecz bez wątpienia byśmy przesrali – prawdopodobnie remis. Ale Gasperini cały sezon pracuje nad zmianą mentalności i chyba pomału coś mu wychodzi. Bardzo dobrze, że będzie Dybala ze swoim doświadczeniem. Nasi piłkarze nie lubią takich meczy, ale Gasperini je kocha, on dla nich żyje :)
W erze maślaków na tym etapie dawno byśmy celebrowali prestiżowe 6 miejsce:)
A może nawet i siódme :D
W ostatnich pięciu meczach Hellas zatrzymał Inter i Juventus więc musimy wyjść z nastawieniem jak na lazio w niedziele i gryźć glebe na maksa
Inter grał już sparing. Juventus jak widać w formie nie jest i potrafi na ich stadionie ich puknąć Viola. Także bym się nie sugerował. Natomiast raczej każdy wie jaka jest stawka i nie trzeba piłkarzy motywować. Oby się za bardzo nie zmotywowali raczej bo wtedy nogi z waty :)
trzeba wyjść jak na inter wlasnie czy na lazio ostatnio.
To będzie jedną z największych szans w ostatnich latach, na pokonanie genu frajerstwa, który cały czas jest obecny w Trigorii.
niby łatwy przeciwnik, bo spadkowicz, ale historycznie, to nasze ostatine 5 spotkań z Hellasem na Bentegodi to 4 razy w pizdę.
VER 3:2 ASR
VER 2:1 ASR
VER 1:3 ASR
VER 3:2 ASR
VER 3:0 ASR
więc trzeba naprawdę spiąć dupę, bo teren nam nie leży, ale wierzę, że z Gaspem jakoś to wyciągną.
Poproszę bramkę numer trzy xD