Cagnucci: „Roma jest ludem, albo nie jest Romą”

Po siedmiu latach Roma wraca do Ligi Mistrzów. Powinno to być święto dla całego miasta, tymczasem pierwszym zgrzytem stały się ceny biletów, które dla części kibiców mogą zamienić długo wyczekiwany powrót do Europy w przywilej dla tych, których po prostu na niego stać.

fot. © asroma.com

Il Romanista – T. Cagnucci | „Ale przecież to Liga Mistrzów”. „A czego spodziewaliście się po cenach?”. „Wszystkie wielkie kluby robią tak samo”. Argumenty można mnożyć. Problem w tym, że przy Romie zawsze powinno pojawiać się jeszcze jedno pytanie: czy Roma nie miała być właśnie trochę inna?

Bo Roma to nie tylko spółka, przychody, stadionowe hospitality i arkusz kalkulacyjny. To także Testaccio, sampietrini, bunt, przekora i historia klubu, który wyrósł z miasta, a nie został do niego później doklejony. Czasem ta historia była chaotyczna, czasem przesadzona, czasem wręcz niewygodna, ale niemal zawsze pozostawała prawdziwa, autentyczna i przede wszystkim popularna w pierwotnym znaczeniu tego słowa: należała do ludzi.

I dlatego cena 155 euro plus 8 euro prowizji za miejsce na Curva, które wcześniej kosztowało 57 euro, musi budzić sprzeciw. Nie dlatego, że ktoś oczekuje powrotu do czasów biletów za kilka tysięcy lirów albo otwierania bram stadionu na ostatnie dwadzieścia minut. Futbol się zmienił, koszty się zmieniły, Roma wraca do Champions League i naturalne jest, że także ceny nie pozostaną na poziomie zwykłego meczu ligowego. Ale pomiędzy podwyżką a niemal potrojeniem ceny istnieje ogromna przestrzeń.

Można oczywiście odpowiedzieć, że bilety i tak się sprzedadzą. Prawdopodobnie tak będzie. Olimpico się wypełni, klub pokaże komplet publiczności i z ekonomicznego punktu widzenia będzie można powiedzieć: mieliśmy rację. Tylko że tę rację stworzy ten sam mechanizm, który klub sam napędza. Jeśli popyt jest ogromny, można podnosić ceny tak długo, aż z trybun zaczną znikać ci, którzy nie przegrali walki o bilet zainteresowaniem czy miłością do klubu, ale zawartością portfela.

I to właśnie jest najbardziej niepokojące. Ceny zaczynają nabierać klasowego charakteru. A gdzieś z tyłu głowy pojawia się pytanie, czy nie jest to również przygotowywanie gruntu pod przyszły stadion. Jeśli tak, warto powiedzieć to już teraz: stadion Romy pełen zamożnych klientów i turystów, ale pozbawiony ludzi, którzy przez dziesięciolecia budowali jego atmosferę, byłby pięknym budynkiem i bardzo smutnym miejscem.

Roma potrzebuje nowego stadionu. Potrzebuje większych przychodów, nowoczesności i możliwości konkurowania z największymi. Ale Rzym jest jednocześnie arystokratyczny i ludowy. I dokładnie taka powinna pozostać jego drużyna.

Tym bardziej że obecni właściciele już pokazali, iż rozumieją tę zależność. Jedną z zasług Friedkinów było obniżenie cen biletów w czasach, gdy poprzednie władze przekonywały, że nie można tego zrobić. Olimpico zaczęło regularnie się zapełniać, powstała wyjątkowa atmosfera i odbudowano więź między zespołem a trybunami. To kapitał znacznie trudniejszy do zdobycia niż kilka dodatkowych milionów w budżecie. Szkoda byłoby go teraz roztrwonić.

Bo trzeba też spojrzeć na sytuację zwykłej rodziny. Ktoś miesiąc temu wydał tysiąc euro na dwa karnety na Distinti. W międzyczasie przeżył normalne lato: wyjazd, paliwo, hotel, plażę, jedzenie, dzieci, codzienne rachunki. A miesiąc później słyszy, że jeśli chce przeżyć z Romą jej pierwszy sezon Ligi Mistrzów od 2019 roku, powinien wyciągnąć z kieszeni kolejną znaczną część pensji.

Można powiedzieć: „Dla Romy warto się poświęcić”. I romanista doskonale rozumie ten argument. Kibice potrafią przejechać pół Europy na eliminacje Ligi Konferencji, wydać pieniądze, których rozsądek kazałby nie wydawać, wziąć wolne w pracy i wrócić nad ranem po meczu, który skończył się źle. Ale właśnie dlatego nie powinno się tej miłości traktować jak niewyczerpanego zasobu, który można dowolnie monetyzować.

Futbol albo jest ludzi, albo przestaje być futbolem, który pokochaliśmy. Roma albo jest ludzi, albo traci fragment samej siebie.

W przypadku tego klubu brzmi to szczególnie mocno. Roma była przecież oczekiwana jeszcze zanim formalnie powstała. Najpierw istniała potrzeba reprezentowania miasta, uczucie, pragnienie jednej drużyny noszącej jego imię, dopiero potem pojawiła się Associazione Sportiva Roma. W pewnym sensie najpierw byli romaniści, a potem była Roma.

I właśnie dlatego tej więzi nie da się wycenić. Nie można przeprowadzić ankiety z pytaniem: „Ile więcej zapłaciłbyś za Ligę Mistrzów?”, bo odpowiedź romanisty jest bardziej skomplikowana.

Za Ligę Mistrzów? Nic. Za Romę? Czasami wszystko.

Komentarze

  • kuba
    13 sierpnia 2026, 14:23

    Przecież Roma jest "trochę" inna :)

  • Mikesss
    13 sierpnia 2026, 18:16

    Jakos trzeba znalezc kase i te 50mln za zmore 😂

  • LukaszRybski
    15 sierpnia 2026, 11:08

    Duch czasów, niestety. Dziś finanse rządzą również w okręgówce w PL…