Wokół Romy znów zrobiło się głośno, ale w takich chwilach bardziej niż kolejnych oskarżycieli potrzeba ludzi, którzy rozumieją, czym naprawdę jest bycie romanistą.
Il Romanista – T. Cagnucci | Jest stary, dość podły sposób prowadzenia polemiki. Niby kogoś bronisz, a tak naprawdę wkładasz mu w usta zarzuty, których nikt wcześniej nie postawił, tylko po to, żeby puścić je w obieg. Niby mówisz: „oczywiście, nie przesadzajmy”, ale wcześniej zdążysz już dolać oliwy do ognia. Niby oburzasz się na absurdalną tezę, ale sam ją właśnie wyciągnąłeś na światło dzienne. To jest najgorszy rodzaj „obrony”, bo zostawia brud, a potem udaje niewinność.
Dlatego dziś trzeba powiedzieć rzecz prostą: Gasperini w tym sezonie nie zasługuje na takie gierki. Nie teraz. Nie po tym, co już dał tej Romie w roku, który z definicji miał być przejściowy.
Gasperini nie jest problemem, tylko powodem, że Roma wciąż stoi wysoko
Gasperini przyszedł do Romy nie po wygodę. Zostawił miejsce, w którym był legendą, odmówił Juventusowi i wybrał projekt trudniejszy, bardziej niewdzięczny, ale też bardziej „rzymski”. Ranieri od początku uczciwie uprzedzał, że to będzie sezon budowy, z trudnościami na rynku transferowym i z koniecznością cierpliwości. To Gasperini wziął na siebie ciężar tego, by zrobić więcej i szybciej, niż plan przewidywał.
I spójrzmy uczciwie na fakty. Roma jest czwarta. Wciąż gra w Europie. Przez pół sezonu funkcjonowała bez prawdziwej dziewiątki, choć trener od dawna jasno mówił, że właśnie tam potrzebuje innej jakości. Przed przyjściem Malena ofensywa była po prostu uboższa niż powinna być, a kadra w wielu punktach wyglądała skromniej niż ta sprzed roku. Do tego dochodziły braki kadrowe, urazy i fakt, że Dybala przez dużą część sezonu nie mógł być stale obecny w tej skali, jakiej wymaga drużyna walcząca o Ligę Mistrzów.
A mimo to Roma wciąż jest tam, gdzie miała tylko „budować fundamenty”. To nie jest drobiazg. To jest zasługa trenera.
Kto się martwi, niech zostanie w domu
Właśnie dlatego zdanie Gasperiniego, że „kto się martwi, niech zostanie w domu”, nie brzmi jak pycha. Brzmi jak głos romanisty. Twardy, może szorstki, ale prawdziwy. Bo romanista nie jest od tego, żeby pojawiać się po porażce i mówić: „a nie mówiłem?”. Nie jest od pozowania na buntownika pod zasięgi i oklaski. Nie jest od dokładania własnego głosu do chóru krytyków tylko dlatego, że to modne, wygodne albo efektowne.
Romanista jest od tego, żeby trwać, nawet kiedy jest wściekły. Żeby się kłócić, ale nie podcinać gałęzi, na której siedzi cała wspólnota. Żeby widzieć błędy, ale nie zamieniać każdego potknięcia w akt oskarżenia przeciwko wszystkiemu i wszystkim. Roma nie potrzebuje dziś ludzi, którzy czekają wyłącznie na gorszy moment, żeby wreszcie móc zabłysnąć swoją racją. Roma potrzebuje romanistów.
Wyjazdy, złość i to, co naprawdę znaczy być kibicem
Jest w tym wszystkim jeszcze jeden ważny ton: wyjazdy. Bo romaniści są dziś trochę jak drużyna Gasperiniego: zamknięci, ograniczani, zmuszeni do przeżywania wszystkiego na pół gwizdka. A przecież właśnie wyjazdy są jednym z najczystszych dowodów przywiązania. Nie wygodne komentarze z kanapy, tylko droga, poświęcenie, obecność mimo wszystko. Dlatego prośba „oddajcie nam wyjazdy” nie brzmi jak fanaberia. Brzmi jak przypomnienie, że kibicowanie Romie to nie dekoracja, tylko forma życia.
Być romanistą to mieć często wszystkich przeciwko sobie i nie załamywać się z tego powodu, tylko jeszcze mocniej zaciskać zęby. To nie jest postawa dla „zatroskanych ekspertów”, którzy pojawiają się tylko wtedy, gdy można coś skrytykować. To jest postawa dla tych, którzy rozumieją, że sezon wciąż trwa, że nic nie jest jeszcze rozstrzygnięte i że Gasperini, ze swoją złością, pracą i niecierpliwością, mówi dziś dokładnie językiem, który w Rzymie powinien wybrzmiewać najgłośniej.
Nie potrzeba kolejnych ludzi, którzy będą „zaniepokojeni”. Potrzeba romanistów. A zaniepokojeni naprawdę mogą zostać w domu.
Komentarze