Wystarczyły 3 występy, by Leonardo Balerdi zjednał sobie sporą część romanistów. W przeddzień meczu z Interem Argentyńczyk opowiedział o kulisach transferu z Marsylii, pracy z Gasperinim i kolegach, którzy zrobili na nim największe wrażenie.
Leonardo Balerdi udzielił obszernego wywiadu dziennikowi Il Tempo, w którym poruszył niemal wszystkie tematy związane ze swoim przyjściem do Rzymu: od pierwszych tygodni pod wodzą Gian Piero Gasperiniego i porównań do Franco Baresiego, przez zakulisowe szczegóły transferu z Olympique Marsylia, po chęć pozostania w stolicy Włoch na dłużej, świadomość rywalizacji z Lazio oraz ocenę nowych kolegów z szatni. Poniżej prezentujemy pełną treść rozmowy.
Od twojego przyjścia minęło zaledwie kilka dni. Jakie są pierwsze wrażenia w roli piłkarza Romy?
– Od razu powiedziałem, że jestem przeszczęśliwy. Po tylu latach w Marsylii potrzebowałem zmiany otoczenia. Od dziecka chciałem grać w Serie A, a teraz, w Romie, jestem więcej niż zadowolony.
Jak przyjęła cię drużyna?
– Z zespołem układa się znakomicie. Czuję się, jakbym był tu od co najmniej trzech miesięcy. Wszyscy przyjęli mnie fantastycznie, oczywiście również pozostali Argentyńczycy.
A Gasperini?
– Dobrze odnajduję się w jego wskazówkach, czuję, że z dnia na dzień robię postępy pod względem fizycznym. Jego metody pracy są dla mnie korzyścią, bo w meczach czuję się mocny. Przychodzi na trening i robi to, co do niego należy. Nie rozmawialiśmy wiele o innych sprawach, ale wobec mnie zawsze był świetny.
Jak odbierasz porównania do Baresiego? Miałeś swoich idoli wśród obrońców?
– Powiedzmy, że media trochę przeinaczyły słowa trenera. Poza tym jest jeden problem: ja nie chciałem być obrońcą, tylko pomocnikiem. Jednym z moich idoli był Gago, podobali mi się też Riquelme i Palermo z Boca. Kiedy zrozumiałem, że zostanę obrońcą, zacząłem oglądać największych: Maldiniego, Ramosa, Van Dijka. No i oczywiście Baresiego.
Lepiej czujesz się jako środkowy obrońca czy raczej na boku defensywy?
– Nie mam wielkich preferencji, ale czuję, że przy moich cechach lepiej mogę grać w środku. Na boku też jest w porządku, jestem jednak inny niż na przykład Mancini, który bardzo często wychodzi do przodu. Lubię grać na otwartym boisku, co było widać w Turynie. W Marsylii też się to zdarzało.
Sądzisz, że praca z tym trenerem może cię jeszcze rozwinąć?
– Całkiem sporo. Myślę, że mam jeszcze zapas, przede wszystkim fizyczny, i muszę lepiej zrozumieć poruszanie się linii obrony. Zwłaszcza pracę Manciniego i Hermoso, którzy dużo atakują. Chcę też rosnąć pod względem mentalnym, zawsze jest co poprawiać.
Jutro przyjeżdża Inter. Czujesz ciężar meczu na szczycie?
– Inter w ostatnich latach przeszedł nadzwyczajną drogę, nie możemy tego ignorować. Ale musimy przygotować ten mecz tak jak każdy inny. Musimy wygrać, nie patrząc na to, kogo mamy przed sobą. Jasne, znając ich jakość, będziemy musieli się dostosować, jednak zawsze dając sto procent. To spotkanie, które może dać nam decydujący impuls na resztę sezonu.
Wokół ciebie od razu zapanowała wielka euforia…
– Jestem do tego trochę przyzwyczajony, bo przychodzę z Marsylii: jeśli zagrasz dwa dobre mecze, jesteś bogiem, a wystarczą kolejne dwa, by stać się diabłem. Teraz staram się tylko skupiać na boisku i nie zwracać uwagi na to, co mówi się na zewnątrz.
Transfer do Rzymu domknął się w ostatnich dniach mercato. Spodziewałeś się odejścia przy tak krótkim czasie? Jak narodził się pomysł Romy?
– W pierwszych dniach letniego okienka mój agent przyjechał do Trigorii na rozmowy z Romą, już wtedy miałem nadzieję, że tu trafię. Później straciłem wiarę, bo kontakt z Romą się urwał, ale wiedziałem, że przyszedł moment na nowe doświadczenie. Kiedy powiedzieli mi o Romie, byłem szczęśliwy. Były też inne kluby, ale w tamtym momencie stwierdziłem, że jeśli nie przyjdę tutaj, zostanę w Marsylii.
Rok wcześniej też była realna próba?
– Tak, ale wtedy nic z tego nie wyszło. Natomiast w tym roku wiedziałem, że to właściwy moment na odejście.
Co najbardziej urzeka cię w tej drużynie?
– Koszulka. Mówiłem to już przy innych okazjach. Miałem obsesję na punkcie tej koszulki, tych barw. Kiedy moim kolegą z drużyny był Strootman, uprosiłem go, żeby mi ją zdobył, i do dziś trzymam ją w domu. Zawsze była jedną z moich ulubionych. To było przeznaczenie, że kiedyś ją założę.
Z twojego pierwszego wywiadu wynikało, że dobrze rozumiesz rywalizację z Lazio…
– To sformułowanie, czyli „grałem już na Olimpico przeciwko drugiej drużynie”, wyszło ze mnie spontanicznie. Dobrze rozumiem pasję kibiców, bo pochodzę z Argentyny. Kiedy mówię o Boca, River zawsze jest drugą drużyną. W pierwszym wywiadzie jako romanista nie chciałem wymawiać tej nazwy, więc pojawiło się takie zdanie.
Jesteś tu na wypożyczeniu z opcją. Liczysz na to, że zostaniesz?
– Absolutnie tak.
Co właściwie stało się w Marsylii?
– Opaska kapitańska nie miała z tym nic wspólnego. Wielu trenerów, którzy tam przewinęli się, mówiło, że jeden sezon w tym klubie to jak trzy w innych. Miałem wiele wzlotów i upadków, uznałem, że to moment na zmianę.
Który z kolegów zrobił na tobie największe wrażenie? Czuje się siłę tego zespołu?
– Tak, widzę siłę grupy. Na przykład Manu Koné bardzo zaskoczył mnie fizycznie, to jest zwierzę. Naprawdę bardzo podoba mi się jako piłkarz. Malen w podobnym stopniu, strzelał dużo goli zaraz po przyjściu i wciąż to robi. Na szczęście na treningach często nie muszę go kryć. Ale mogę wymienić wielu, choćby Svilara. Chyba właśnie ci trzej, pomijając Dybalę, zrobili na mnie szczególne wrażenie.
Jutro na boisku pojawią się też Pavard i Luis Henrique, twoi byli koledzy. Kontaktowaliście się?
– Z obydwoma mam dobre relacje, ale nie rozmawialiśmy. Benjamin nieustannie powtarzał mi, że powinienem grać w Serie A.
A jak ważna jest dla ciebie argentyńska grupa w Romie?
– Zaczęli do mnie pisać, kiedy byłem blisko transferu, i mówili: przychodź, tutaj jest nam dobrze. Myślę, że to ważne, że jest nas tak wielu. Jeśli pomyślę o Dybali czy Molinie, to oni wiele wygrali i uważam, że obecność takich piłkarzy w drużynie ma duże znaczenie. Ja, Soulé i Castro, nawet jeśli mamy taką samą mentalność, musimy za nimi iść. Coś musi stać za tym, że tyle osiągnęli.
Teraz wracasz do kadry w wyjątkowym momencie. Czym dla ciebie jest Messi?
– Messi i Maradona są święci. Możliwość bycia tam przy ostatnim meczu Leo jest niesamowita. Nie mogę się doczekać, żeby to przeżyć.
W Argentynie niewiele brakowało, byś trafił na De Rossiego. Poznaliście się później?
– Spotkałem go w Marsylii, w czasach Gattuso. Przyjechał obejrzeć trening. Wtedy trochę z nim porozmawiałem, a później odezwaliśmy się do siebie w mediach społecznościowych i co jakiś czas mamy kontakt.
Gattuso jest teraz w Rzymie. Jakim jest trenerem?
– Trenuje tak, jak grał, to naprawdę fantastyczny człowiek. Trafił do Marsylii w niełatwym momencie, ale bardzo mi pomógł. Widziałem pasję, jaką wkłada w swoją pracę, i doceniłem to.
Jutro Olimpico może zrobić różnicę. Jak wspominasz debiut? Tamten wieczór i wsparcie trybun miały znaczenie przy odrabianiu strat z Atalantą?
– Ogromne. Kiedy grasz w domu i słyszysz publiczność, wydaje się, że masz na boisku dodatkowego zawodnika.
Na koniec spójrzmy w przyszłość. Czego chcesz tu osiągnąć?
– Przede wszystkim chcę zrobić wszystko, by zostać tutaj na długo. Osobiście zarówno w kadrze, jak i w Romie chcę wygrać trofeum. Tak jak mówili inni, celem jest oczywiście spisanie się lepiej niż w poprzednim sezonie, to byłoby niesamowite. Powtarzam, chcę zawsze dawać sto procent i myślę, że jeśli mi się to uda, ja i wszyscy pozostali możemy sprawić sobie trochę radości.
Komentarze
Właśnie takich gości potrzeba. To nie jest klasyczne pieprzenie po transferze. Czuć tu iskrę, ja boisku też to widać. Jest typem trochę elektrycznym i będziemy ponosić z tego konsekwencje ale w Naszej sytuacji i przy Naszych możliwościach to póki co duża niespodzianka na Plus
No i Argentyńczyk na obronie, w Romie to raczej się zazwyczaj bardzo sprawdza :)