Roma ma 99 lat. To wiek nieco niezręczny – za młoda na stateczną starość, a za stara na eksperymenty z własną pamięcią. Za rok będzie miała sto lat i pewnie wypadałoby w tym momencie trochę powspominać. Ale może ważniejsze jest coś innego: wiedzieć, co z tych stu lat zabrać ze sobą w następne.
W nocy z 21 na 22 lipca kilka tysięcy romanistów wyszło na ulice Rzymu, aby świętować urodziny klubu. Śpiewali, machali flagami, odpalali race – robili to, co kibice Romy robią od zawsze, gdy tylko mają ku temu okazję. Nad tłumem powiewał transparent: „Lo stemma del popolo”. Herb ludu.
Bardzo lubię to określenie. Jest w nim coś, czego nie da się kupić za żadną kwotę transferową i czego nie wymyśli żaden dział marketingu, choćby zatrudniał ludzi po Harvardzie i Oxfordzie jednocześnie.
Bo herb to nie logo.
Logo można zmienić, gdy zmienia się strategia marki. Herb jest trochę bardziej kłopotliwy. Ma pamięć.
Roma przekonała się o tym w 2013 roku, kiedy postanowiła swój herb zmienić. Był bardziej nowoczesny, bardziej czytelny, bardziej globalny. Wszystko się zgadzało, ale okazało się, że kibice niekoniecznie chcą, aby ich klub stał się globalną marką. Czasami pragną po prostu, aby herb wyglądał tak, jak wtedy, gdy po raz pierwszy zobaczyli go na koszulce ojca.
Minęło trzynaście lat, a ASR wraca na koszulki.
Można powiedzieć: świetnie, marketing zrobił swoje. Można też wzruszyć ramionami i uznać, że to tylko herb. Tyle że kilka tysięcy ludzi, którzy wyszli nocą na ulice Rzymu, najwyraźniej myśli inaczej.
I trudno się im dziwić.
W futbolu zmienia się dziś właściwie wszystko. Właściciel może przyjechać z jednego końca świata, piłkarz z drugiego, a zanim kibic zdąży nauczyć się jego nazwiska, ten może już być w drodze do kolejnego klubu. Koszulki zmieniają się co sezon, kluby pragną być coraz większymi markami, otwierają się na nowe rynki i próbują dotrzeć do kibiców, którzy mogą mieszkać tysiące kilometrów od stadionu.
I wszystko to jest zrozumiałe. Futbol się zmienia, bo zmienia się świat.
Tylko że gdzieś pośrodku tego całego zamieszania wciąż stoi kibic, który mówi: dobrze, rozwijajcie się, grajcie w Champions League, sprzedawajcie koszulki na drugim końcu świata. Ale mój herb zostawcie w spokoju.
I może właśnie w tym tkwi cała historia.
Właściciele się zmieniają, ale herb, barwy i symbole klubu powinny być ponad nimi. To dziedzictwo Romy, nie własność kolejnych zarządów. Nie wszystko, co stare, wymaga poprawiania.
Roma za rok skończy sto lat. Wchodzi więc w sezon poprzedzający stulecie z herbem, który pamiętają poprzednie pokolenia. Jednocześnie ma Gasperiniego, Champions League, Dybale i dziewiętnastoletniego Morę, który dopiero zaczyna pisać swoją historię.
Nie chciałbym z tego robić kolejnej opowieści o tym, że „kiedyś było lepiej”. Nie było. Było inaczej. Roma może się zmieniać, może grać nowoczesny futbol, może mieć ambicje wykraczające daleko poza Rzym. Ale nie musi przy tym zapominać, dlaczego ktoś w tym Rzymie pokochał ją po raz pierwszy.
Bo „Lo stemma del popolo” nie znaczy przecież, że kibice są właścicielami klubu.
Znaczy coś prostszego.
„To jest nasze”.
Za chwilę zacznie się sezon. Znowu będziemy narzekać na skład, sędziego, trenera i Bóg wie, na co jeszcze. Ktoś po pierwszej kolejce zacznie liczyć punkty do lidera, a ktoś inny będzie chciał zwolnić Gasperiniego po dwóch remisach.
Czyli wszystko będzie po staremu.
I może właśnie o to chodzi.
Herb wrócił na swoje miejsce. Teraz pozostaje tylko napisać pod nim kolejny rozdział.
No to piszmy.
Komentarze
Nikt nie będzie liczył punktów do lidera po pierwszej kolejce, bo nie będzie żadnej straty ;)