Analiza taktyczna: Roma – Milan (1:1)

Remis z drugą siłą ligi może zostawiać niedosyt, ale na poziomie gry Roma pokazała materiał na zespół, który jest o krok od przełomu. To był mecz, w którym przewaga w „pracy” nad rywalem była wyraźniejsza niż wskazywał wynik.

fot. © asroma.com

Il Romanista – D. Lo Monaco | Jak dużo więcej może zrobić drużyna ze swoim trenerem, niż to, co Roma Gasperiniego pokazała w niedzielny wieczór przeciwko Milanowi? To pytanie dotyka odwiecznego paradoksu futbolu: sportu, w którym liczy się przede wszystkim rezultat, choć nie zawsze jest on adekwatnym odbiciem tego, co wydarzyło się na boisku. Włoska piłka wciąż zbyt często ocenia szkoleniowców wyłącznie przez pryzmat końcowego wyniku, a nie tego, co ich praca realnie generuje w grze. A przecież różnica między drużyną, która tworzy akcje głównie dzięki talentowi jednostek, a zespołem, który dzięki wypracowanym mechanizmom potrafi zdominować przeciwnika technicznie, taktycznie, fizycznie i mentalnie, bywa fundamentalna. W przypadku Roma–Milan podział zasług „po równo” jest mylący, bo każdy uważny widz musiał widzieć entuzjazm budowany przez grę giallorossich oraz bezradność tego, co Milan w ofensywie faktycznie zaproponował.

Adaptacje w kryciu i pressingu

W planie Romy kluczowe było jedno: odebrać rywalowi możliwość budowania gry. Zgodnie z przykazaniami Gasperiniego presja miała być konsekwentna, a krycie personalne elastycznie dopasowane do układu rossonerich. Od pierwszych minut ustawienia wzięły się z czytelnych przypisań: Dybala pracował na De Winterze, Malen ustawiał się pod Gabbiają, a Soulé pod Tomorim. W drugiej linii Cristante został początkowo „poświęcony” na Modricia, Koné krył Rabiota, Mancini wychodził wysoko na Leão, Ndicka kontrolował Nkunku, a Ghilardi, nie mając klasycznej „dziewiątki” naprzeciwko, wędrował bardzo wysoko, praktycznie do strefy między liniami, by brać odpowiedzialność za Ricciego.

W praktyce Roma wyglądała momentami jak 4-2-3-1 w zachowaniu bez piłki. Skrzydłowi schodzili na skrzydłowych, dwaj środkowi pomocnicy pilnowali dwóch najgroźniejszych adresów w środku, a trójka z przodu ustawiała się tak, by odcinać pierwszy etap wyprowadzenia piłki. Allegri próbował jednak mieszać, prosząc swoich o odejścia od nominalnych pozycji, by rozbić bloki personalne. Na starcie przyniosło to kilka problemów, bo wymagało natychmiastowych korekt i ogromnego wysiłku biegowego. To był ten typ meczu, w którym presja jest skuteczna tylko wtedy, gdy cała jedenastka reaguje w tym samym czasie.

Mimo tych początkowych przeszkód Roma nie przestawała wytwarzać gry. Szczególnie przed przerwą Milan bronił się głęboko i długo, ratując się przede wszystkim jakością interwencji w defensywie i znakomitą postawą bramkarza, a nie tym, że giallorossi nie potrafili znaleźć rozwiązań. Jeśli gospodarze nie wygrali po pierwszej połowie, większy udział miały w tym niedokładności w finalizacji niż realna kontrola przeciwnika nad wydarzeniami.

Szczegóły, które zmieniły układ sił

Najciekawsze były drobne, niemal niewidoczne przesunięcia w rolach krycia. W pewnym momencie Leão zamienił się pozycją z Nkunku, co natychmiast wymusiło reakcję Romy. Ghilardi przejął Portugalczyka i właśnie tu szczególnie wybrzmiała wartość jego występu. Mancini musiał wyjść wyżej na Rabiota, Koné przesunął się na Modricia, a Cristante przejął Ricciego. Tego typu mikroadaptacje ograniczały możliwości Milanu do improwizacji, a widowisko w dużej mierze stało się monologiem Romy.

Warunki tylko podbijały intensywność. Świeże powietrze, mokra murawa po deszczowych dniach i energia trybun napędzały tempo, które długo utrzymywało się na poziomie dominacji „bez przerwy”, zarówno w odbiorze, jak i w rytmie działań z piłką.

Druga połowa: spadek rytmu i waga zmian

Po przerwie, zgodnie z tym, co podkreślał Allegri, mecz się wyrównał. Roma obniżyła intensywność, a uraz Koné osłabił środek pola. To zawodnik, który mimo pewnych mankamentów jest fundalmentalny w spotkaniach o podwyższonej trudności, bo łączy dynamikę, doskok i zdolność do podtrzymywania tempa w wysokim pressingu. Z czasem siły schodziły, a wkład rezerwowych, zwłaszcza młodych, czyli Pisillego, Vaza i Venturino, nie dał jakości porównywalnej z tym, co wnosili zmieniani.

Gol Milanu padł krótko po zejściu Koné i mógł podciąć Romie skrzydła, ale reakcja była dojrzalsza, niż można by się spodziewać po drużynie na etapie budowy. Wyrównanie przyszło po akcji symbolicznej dla mechanizmów Gasperiniego: dośrodkowanie „piątego” na „piątego” po drugiej stronie, zagranie ręką Bartesaghiego i rzut karny. Lorenzo Pellegrini wykonał go pewnie, z charakterem i wysoką jakością techniczną, uderzając tuż przy słupku. Przy minimalnie mniej dokładnym uderzeniu, Maignan obroniłby strzał.

Wnioski

Gasperini powiedział po meczu, że Roma wyszła z niego silniejsza i trudno się z tym nie zgodzić. Podwójna konfrontacja z Milanem, który jest w tym sezonie drugą siłą ligi, przyniosła istotny wniosek: dystansu między zespołami nie ma. Jest natomiast różnica w trajektorii rozwoju. Roma wygląda na drużynę w dynamicznej ewolucji, a wejście Malena, mimo niedzielnych błędów, dało wyraźny „upgrade” potencjału w fazach ataku. Milan sprawia wrażenie zespołu bardziej stabilnego, ale też mniej zmiennego jakościowo. Jeśli Roma utrzyma kierunek i podniesie precyzję w ostatniej tercji, wiosna może rzeczywiście okazać się dla giallorossich wyjątkowo pozytywna.

Komentarze

Komentarze są wyłączone dla archiwalnych wpisów.