10 sierpnia 1980 roku na lotnisku Fiumicino wylądował piłkarz, który odmienił historię AS Roma. Paulo Roberto Falcão – elegancki, z kręconymi blond włosami, w marynarce i krawacie – zapowiedział coś, co brzmiało jak bajka: „Przychodzę do Romy, żeby zdobyć scudetto i obronić dyplom prawnika”. Kibice wiedzieli o nim niewiele, ale już trzy lata później jego słowa stały się rzeczywistością.
Był 10 sierpnia 1980 roku, kiedy na rzymskim lotnisku Fiumicino pojawił się piłkarz o nazwisku, którego wielu nie umiało jeszcze wymówić. Paulo Roberto Falcão – dla jednych anonimowy Brazylijczyk, dla innych potencjalny następca Zico – przyciągnął tego dnia aż pięć tysięcy kibiców. W erze przedinternetowej informacje o nim były skąpe, a wyobraźnia fanów podsuwała obraz wirtuoza z numerem „10” na plecach.
Rzeczywistość okazała się jednak inna. Falcão, zgodnie z wizją trenera Nielsa Liedholma, miał być nie magikiem z piłką, lecz „trenerem na boisku” – liderem, który gra w koszulce z numerem 5, kontroluje tempo meczu i myśli za całą drużynę. Już w debiucie na Stadio Olimpico pokazał, że nie zamierza popisywać się sztuczkami. Wykonał tylko jeden efektowny strzał piętą.
Jak sam mówił: „dla zadowolenia prezesa Viola” – po czym dodał: „Aby wygrywać, nie potrzeba numerów cyrkowych”.
Początkowo nie wszyscy w szatni wierzyli w jego umiejętności. Wtedy Liedholm uciął spekulacje jednym zdaniem:
„Wy możecie nie wiedzieć, ale on będzie grał zawsze”.
Z czasem Falcão zdobył serca fanów nie tylko swoimi umiejętnościami, lecz także inteligencją, spokojem i charyzmą, jakiej Roma wcześniej nie miała.
Trzy lata po swoim przylocie spełnił obietnicę. W sezonie 1982/83, po 41 latach przerwy, scudetto wróciło do stolicy. Falcão stał się symbolem złotej ery Romy – „Marsjaninem w Rzymie”, który na zawsze zapisał się w historii Giallorossich.
Komentarze
Niesamowity pomocnik, jakiego dzisiaj nie mamy. Być może najlepszy środkowy pomocnik w historii Romy. Nie wiem nawet, czy ktokolwiek dziś ma takiego boxa jakim był Falcão. Powiedziałbym nawet, że był pierwszym pomocnikiem typu box to box w historii. Felietonik jest jednak nie do końca prawdziwy, bo Falcão stał się w Rzymie symbolem tchórzostwa. Każdy, kto pamięta finał PEMK z 1984 roku, wie o czym mówię. No i po tym finale, Falcão już był w Rzymie kimś innym.
Ja nie pamiętam 1984. Chętnie bym poczytał rozszerzona historię Falcao. Bo po tym tekście i komentarzu czuję niedosyt:P
Dajesz Canis. Edukuj. Sam chętnie poczytam.
Falcao był w Romie Bogiem. Odmienił grę drużyny o 180 stopni. Był na boisku wszędzie. On i Diba w środku pola oraz Pruzzo w ataku, dali mistrzostwo w 1983 roku. Śmiało można tak powiedzieć. Wypadł w półfinale PEMK i zebraliśmy lanie w Szkocji. Zagrał w rewanżu i obiliśmy Dundee 3:0. Finał na Olimpico z Liverpoolem! Rozumiecie to? Mecz katastrofalnie słaby a przed meczem wojna kibiców i ofiary śmiertelne po stronie Anglików. To później dało Heysel. Na boisku remis po fatalnej grze obu zespołów. Do karnego wyznaczony pewniak, Falcao. Odmawia strzelania karnego, pęka jak kondom przy "robocie". Podszedł za niego chyba Bruno i nie trafił. Przegrywamy z kretesem jedyny nasz finał Mistrzów w historii. W dodatku w domu. Po meczu wojny kibiców ciąg dalszy. Nie twierdzę że to jego wina że stchórzył ale w Rzymie już był tylko antybohaterem. Kibice mu nie zapomnieli. Taka ciekawostka, prawnikiem też nigdy nie został.
Dzięki Canis!
Dzięki za historie, ciekawe w sumie że odmówił strzelania.