Franco Sensi - zbawca Romy
Od momentu śmierci Violi (pod jego wodzą Roma przeżywała
najwspanialszy okres w swej historii) rzymski gigant popadał w coraz
większą przeciętność. Początek lat ‘90 XX wieku to wręcz
katastrofalna sytuacja finansowa klubu. Rządy po nieodżałowanym
prezydencie przejął Giuseppe Ciarrapico – „bąbelkowy król”, jak go
wszyscy nazywali, bowiem fortuny dorobił się na sprzedaży wody
mineralnej. Już w marcu 1993 roku ujawniono, że Ciarrapico był
zamieszany w rozmaite afery, w tym i korupcyjne. Trafił do
więzienia, a kiedy już tam się znajdował, okazało się, że zadłużenie
klubu wynosi aż 45 milionów dolarów. Romie zajrzało w oczy
bankructwo i likwidacja!!! Jednak w maju 1993 roku znależli się
wybawcy, gotowi pokryć długi. Byli nimi: Pietro Mezzaroma i Franco
Sensi, posiadający znaczne wpływy na rynku paliw, wydawnictw i
nieruchomości. Z dniem 9 grudnia 1993 roku ten drugi – po wykupieniu
udziałów od Mezzaromy – stał się samodzielnym właścicielem
Romy.Wydarzenie to otworzyło nowy rozdział w historii klubu. Nowy
boss zatrudnił na stanowisku trenera rodowitego rzymianina, Carlo
Mazzone. Rezultaty co prawda nie były oszałamiające, ale nowy
szkoleniowiec opanował kryzys i odkrył wielki talent Francesco
Tottiego. Również w tym czasie nadeszła tragiczna wiadomość z
Salerno, gdzie 30 maja ’94 – w 10 rocznicę pechowego finału PEMK z
Liverpoolem – samobójstwo popełnił we własnym domu ówczesny kapitan
Romy, Agostino Di Bartolomei. Dlaczego? Nikt tego nie potrafił do
końca wyjaśnić…Ago zawsze był skryty i skromny i tak też odszedł.
Sensi długo szukał właściwego człowieka na stanowisko trenera, który
odnosiłby z Romą sukcesy. Po kolejnym sezonie pełnym rozczarowań, w
miejsce Carlosa Bianchiego, Sensi zatrudnił Czecha Zdenka Zemana. Za
jego kadencji do stolicy Włoch przybyli tacy piłkarze jak: Marcos
Cafu, Damiano Tommasi, Vincent Candela i nieobliczalny pod bramką
rywali napastnik Marco Delvecchio. Drużyna grała bardzo efektownie,
ofensywnie, ale…nieefektywnie. Talent Tottiego jeszcze nie
eksplodował, choć stał się on już pełnowartościowym ogniwem drużyny.
Sezon zakończył się po raz kolejny nieciekawie, choć jak się później
okazało, zostały położone fundamenty pod budowę wielkiej drużyny. W
sezonie 1999/2000 kibice Romy coraz
głośniej zaczęli się domagać „scudetto”. Sensi podziękował Zemanowi
i tym razem zaufał Fabio Capello – byłemu trenerowi AC Milan i Realu
Madryt, z którymi zdobywał tytuły mistrzowskie. Zakupił do
dyspozycji szkoleniowca m.in. napastnika Sampdorii Vincenzo Montellę
i japońskiego pomocnika Hidetoshi Nakatę. Rozgrywki zaczęły się
dobrze. Roma wygrywała i strzelała mnóstwo goli. Długo utrzymywała
się w czołówce, ale końcówka nie była już taka radosna. Tytuł
zdobyło Lazio, co było wprost nie do przełknięcia. Franco Sensi aż
kipiał ze złości, wysupłał ciężkie miliony na „zbrojenia”, dając tym
razem trenerowi Capello do dyspozycji Gabriela Batistutę –
superstrzelca z Fiorentiny, brazylijskiego rozgrywającego Emersona z
Bayeru Leverkusen oraz Waltera Samuela – stopera reprezentacji
Argentyny, zwanego wymownie „The Wall”. Kibice ciągle powtarzali:
„jeśli nie teraz, to kiedy?” Jednak Fabio Capello z takim zaciągiem
nie kazał długo czekać kibicom na
upragniony tytuł. Cały sezon
2000/2001 był prawdziwym, wielkim świętem. Roma od początku do końca
przewodziła zespołom Serie A. Jej dominacja była ogromna. Rzymianie
byli po prostu najlepsi, poza zasięgiem innych. Wygrali tytuł i
jednocześnie ustanowili rekord punktowy zdobywając 75 oczek. Po
ostatnim gwizdku sędziego meczu z Parmą (3-1) oznaczającym trzecie „scudetto”
dla Romy, na Stadionie Olimpijskim zapanowało szaleństwo! Kibice
płakali ze szczęścia. Niemal natychmiast ulice Wiecznego Miasta
zalane zostały oszalałym z radości wielotysięcznym tłumem:
nieprzebrane morze powiewających flag, triumfalne śpiewy,
ogłuszający koncert klaksonów i piszczałek, samochody i skutery
ozdobione w najrozmaitszy sposób, młodzieńcy kąpiący się w
fontannach, staruszki z klubowymi szalikami, niemowlęta i psy ubrane
w koszulki boiskowych idoli, antyczne figury i pomniki ustrojone
chorągiewkami i szalikami. Wszystko to oczywiście z typowo
południowym temperamentem i obowiązkowo z kolorach żółtym i
czerwonym - znamionujących klub, a przede wszystkim miasto, od
którego wziął on nazwę. Rzym zmienił się nie do poznania. Nie sposób
było też zliczyć mnożących się wszędzie osiedlowych bądź ulicznych
uroczystości, biesiad przy suto zastawionych stołach czy koncertów
muzycznych. Na osiedlu Testaccio, gdzie w 1927 roku założono
Associazione Sportiva Roma i gdzie klub miał pierwsze boisko -
święto trwało ponad tydzień. Punktem kulminacyjnym uroczystości była
fiesta na placu Circo Massimo. Świętowało ponad milion osób!!! Echa
hucznych uroczystości dotarły nawet do papieża Jana Pawła II,
któremu sympatyzujące z Romą siostry zakonne sprezentowały
okolicznościowy tort, ozdobiony klubowymi barwami. Zaś pracujący w
pobliżu Watykanu rzemieślnicy dostarczyli Ojcu Świętemu przyrządzone
w podobnej kolorystyce pizzę oraz lody. Ten wielki sukces był
bardzo, bardzo potrzebny! Ta niesamowita euforia, udzielająca się
ludziom z przeróżnych środowisk i klas społecznych, była naturalnym
skutkiem głodu sukcesów i żądzy świętowania. Roma przecież nie
zdobyła żadnego trofeum od czasu triumfu w Pucharze Włoch w 1991
roku. Wśród tej ogólnej euforii czy wręcz ekstazy ktoś na murach
całego miasta napisał: „To mistrzostwo jest dla Ciebie!”,
upamiętniając tym samym osobę Ago Di Bartolomei i tytuł mistrzowski
zdobyty przez Romę w 1983 roku. Były kapitan giallorossich doczekał
się również uznania ze strony władz miasta, które nazwały jedną z
uliczek Rzymu jego imieniem. Uroczystego odsłonięcia tablicy dokonał
obecny kapitan, Francesco Totti.
Wśród bohaterów tego sukcesu należy wymienić Batistutę - strzelca 20
bramek, Montellę - autora bardzo ważnych 13 goli, oczywiście
Tottiego – kapitana i prawdziwego lidera drużyny, Damiano Tommasiego
– genialnego w destrukcji oraz twardego właśnie jak skała - Samuela, który w
sposób wzorowy kierował defensywą Romy. Nie wolno także pominąć
bramkarza Francesco Antoniolego, strzelca kilku przełomowych goli –
Japończyka Hidetoshi Nakatę oraz skrzydłowych: Vincenta Candelę i
Brazylijczyka Cafu. Wygranie „scudetto” ustabilizowało pozycję Romy
w elicie Calcio. Kolejny sezon był niezwykle emocjonujący.
Giallorossi wraz z Interem i Juventusem dosłownie do ostatnich minut
walczyli o tytuł. Mistrzostwo ostatecznie jednak powędrowało do
Turynu, Roma musiała zadowolić się drugą lokatą. Pierwszy start w
osławionej Lidze Mistrzów nie przyniósł oczekiwanego sukcesu,
chociaż rzymianie zaprezentowali się całkiem przyzwoicie. Sezon
2002/2003 był jednak najgorszym dla Fabio Capello w roli trenera
Romy. Przez cały sezon, i w Serie A i w Lidze Mistrzów, giallorossi
grali bardzo pasywnie, bojaźliwie, bez wiary w sukces. Kibice
chociaż wiernie uczestniczyli w meczach Romy, nie potrafili pojąć co
takiego stało się z wielką drużyną. Nie było już podczas meczów tej
magicznej atmosfery na Stadio Olimpico, która dodawała skrzydeł
piłkarzom Romy. Zewsząd żądano dymisji trenera Capello. Jednak
prezydent Sensi jak i sam trener wytrzymali tą ogromną presję,
usiedli po skończonym sezonie do konstruktywnych rozmów i jeszcze
raz postanowili zbudować wielki team! Odeszli: Batistuta, Cafu,
„staruszek” Aldair (aż 330 ligowych występów w barwach rzymian!) i
bramkarz Antonioli. Natomiast do Rzymu zawitali: wielki rumuński
talent, Christian Chivu, norweski „wieżowiec” John Carew i bliżej
nikomu nieznany następca Cafu – Brazylijczyk Amantino Mancini. Coraz
większe postępy czyniła młodzież: Antonio Cassano, Daniele De Rossi,
Gaetano D’Agostino oraz bramkarze: Ivan Pelizzoli i Carlo Zotti.
Warto tutaj odnotować wspaniałą pracę jaką z zespołem młodzieżowym
wykonał Bruno Conti – jeden z najwybitniejszych graczy Romy, były
wielokrotny reprezentant Włoch. To miało zaprocentować w niedalekiej
przyszłości.
Przeprowadzona latem 2003 roku „transfuzja krwi” w
zespole oraz
zmiana dotychczasowego cyklu przygotowawczego do sezonu miały już
niedługo dać powszechnie oczekiwane, pozytywne rezultaty. Tym razem
trener Capello zrezygnował z przygotowań w kapryśnej Austrii i
zabrał drużynę do słonecznego Meksyku. Tam, w ciszy, spokoju (z
daleka od wścibskich paparazzich) i…w rozrzedzonym powietrzu wykuwał
formę drużyny na nadchodzący sezon 2003/2004. Jednak ów błogi spokój
niespodziewanie zmąciła ciężka kontuzja Vincenzo Montelli. „Aeroplanino”
już do końca sezonu – pomimo prób powrotu na boisko – nie potrafił
się odnaleźć.
Jednak rozgrywki rozpoczęły się dla rzymian wprost wyśmienicie!
Zwycięstwo za zwycięstwem ( aż 13 w rundzie jesiennej!!! – rekord
Serie A), mnóstwo goli i widowiskowa gra szybko dały Romie w tabeli
fotel lidera. Wspaniale wkomponował się w zespół Amantino Mancini,
który golem strzelonym piętą w derby Rzymu „wdarł” się w serca
kibiców. Sam siebie zadziwiał niezastąpiony Francesco Totti – autor
aż 20 ligowych goli. W pełni rozbłysł talent Antonio Cassano (14
goli). Wprost perfekcyjnie grała linia defensywna „wilków” w
składzie: Zebina, Samuel, Panucci i Chivu, która w rundzie jesiennej
dała się zaskoczyć ledwie 7 razy! (znów rekord Serie A!). Nic więc
dziwnego, że młody bramkarz Ivan Pelizzoli nie kapitulował
nieprzerwanie przez 773 minuty, co stanowi równowartość prawie 9
meczów!!! Jednak w połowie sezonu giallorossi złapali zadyszkę, co
skwapliwie wykorzystał Milan, obejmując przodownictwo w tabeli. Jak
się później okazało – mimo rozpaczliwej pogoni rzymian – nie oddał
go już do końca sezonu, zostając mistrzem Włoch. Roma zameldowała
się na mecie jako druga. Być może gdyby Montella był zdrów,
kolejność na mecie byłaby odwrotna? Ważne jednak było to, że kibice
znów uwierzyli w drużynę – chyba nawet tak silną jak ta, która
zdobywała scudetto! Duma z wielkiej drużyny mieszana była jednak z
wielkimi obawami o klubowy budżet. Okazało się bowiem, że AS Roma
znów ma wielomilionowe długi, co przywoływało fatalne wspomnienia z
początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku, kiedy to klub stał na
skraju bankructwa. Głośna stała się deklaracja Tottiego: „Jeśli
mój transfer miałby uratować klub – odejdę! Ale tylko wtedy”.