|
"Snajper Totti wiecznie żywy..."
W pierwszej połowie XVIII wieku na ziemiach polskich toczyła
się absurdalna bitwa o władzę. Oto z jednej strony stanął
Stanisław Bogusław Leszczyński herbu Wieniawa, z drugiej zaś
Elektor Saksoński Fryderyk August I z Wettynów, w Polszy
zwany Augustem II Mocnym.
Obaj toczyli ze sobą zajadłe boje, dzieląc szlachtę,
spiskując z sąsiadami, czy mierząc się (a właściwie swoje
watahy, bo o regularnej armii nie można raczej mówić) na
polu bitwy. Obaj dzielili również jedną cechę – nieudolność.
Panowie ci nadawali się na Króla Polski równie dobrze co
parobek we młynie. Dlaczego pozwalam sobie na małą lekcje
historii? Już wyjaśniam.
Sytuacja w jakiej teraz znalazł się nasz ukochany Klub
szalenie przypomina mi tą sprzed 300 lat. Oczywiście
wszystko idzie do przodu wiec i dzisiejsza historia jest
nieco inna, zaewoluowana, zmutowana. Oto dziś nie ma dwóch
frontów, jest jeden. Nie ma dwóch konkurentów, jest jedna
bohaterka. Nie ma zmiany głowy państwa, jest jedynie zmiana
na dworze, wymiana zużytego majordomusa. Reszta pasuje
idealnie…
Jest nierozgarnięta władczyni, która trzyma się tronu jak
mała dziewczynka kucyka gdy trzeba już iść spać. Kompletnie
nie wie jak zapewnić dobrobyt w swoim „państwie”, ale nie,
nie, korony łatwo nie odda. Na domiar złego poddani się
buntują, na co królowa zdaje się nie zważać, a właściwie
zważa, lecz ich zdanie mało ją obchodzi (jakieś pastuchy nie
będą jej przecież mówiły jak ma rządzić).
Majordomus został wymieniony. Niby na lepszego. Ale mnie
zdaje się, że nowy majordom to odpowiednik „Lasa”. Kwestią
czasu jest wymiana „Lasa” na „Sasa”. A potem znowu na „Lasa”…
I tak przez cały sezon pański 2009/2010. Bo, że nowy
zarządca wie jak zaprowadzić ład na dworze śmiem wątpić.
Niezmiennym pozostaje oczywiście armia/wataha, a właściwie
wataszkowie. Oto ci niestrudzeni wojownicy, którzy w walce o
swoją „ojczyznę” pójdą wszędzie. „Sarmaci” są wszak dumni i
silni… Natomiast gdy stają na „ubitej ziemi” naprzeciw
internacjonałom to wydają się jacyś wolniejsi od
przeciwników, jakby bez pomysłu… Po bitwie jednak znów humor
powraca, wszak walczyli godnie, a o porażce zadecydowały
przecież epizody…
Nie opuszcza mnie wisielczy humor, mimo bardzo
optymistycznej postawy niektórych kamratów z redakcji i
kibiców. Przed oczyma pojawia się widmo sezonu 2004/2005 i
kolejne przebicie dna…
Historia lubi się powtarzać.
Autor: Kokosowy
|