|
"Snajper Totti wiecznie żywy..."
Każdy kibic Romy patrzy z nadzieją na nadchodzący sezon.
Mimo, że zabraknie Ligi Mistrzów, do której tak bardzo każda
drużyna lgnie, to Giallorossi będą mieli inne „atrakcje”.
Sezon Serie A oraz walka w Lidze Europejskiej mogą być udane
– ale nie muszą. Wszystko za sprawą taktyki Romy, która jest
jak deja vu, przewijając kibicom przed oczyma klęski
zeszłego sezonu…
Aby jednak zacząć nieco bardziej optymistycznie,
postanowiłem spojrzeć na mecze z KAA Gent. Początek nie było
obiecujący. Po pierwszej połowie pierwszego meczu III rundy
eliminacyjnej niewielu sympatyków Romy miało zadowolone
miny. Jak się okazało Giallorossi tradycyjnie już dodali
trochę dramaturgii, ostatecznie pokonując rywali w stosunku
3:1.
Przed rewanżem więcej było pytań aniżeli odpowiedzi.
Zastanawiano się, jak zagra rzymska jedenastka. Ba, nawet do
końca nie było pewne, jaka ta jedenastka w ogóle będzie. Jak
się okazało wszystko rozstrzygnął niezawodny Il Capitano,
który ustrzelił hat-tricka i razem z kolegami z zespołu
odprawił Belgów z bagażem 7 bramek. Czym tu się więc martwić
drodzy kibice? W końcu nie jeden zespół chciałby wygrać na
arenie międzynarodowej aż 7:1 i to jeszcze na boisku
przeciwnika. Tak, tylko czy myśmy czasem już tak kiedyś nie
przegrali – również na terenie rywala?
Nigdy nie byłem trenerem, więc można uznać, że o taktyce nie
mam pojęcia. W Polsce jednak każdy zna się na piłce nożnej i
ma własne zdanie na temat reprezentacji oraz ukochanego
klubu. Gdybym nie miał przeświadczenia, że coś w machinie
dowodzonej przez Luciano Spalettiego nie gra –
prawdopodobnie cieszyłbym się z takowego prowadzenia
zespołu. Niestety za kadencji Spala mieliśmy aż nadto
przykładów, jak pięknie Roma potrafi przegrywać oraz jak
bezbarwnie prezentuję się na tle gorszego piłkarsko
przeciwnika. System zakładający grę jednym wysuniętym
napastnikiem prędzej czy później spali na panewce. Wszystko
za sprawą zdrowia Tottiego, który wiecznie nie będzie
dźwigał na barkach odpowiedzialności za całą siłę ofensywną.
Jak długo byśmy nie narzekali na Amantino Manciniego, to
jednak wielokrotnie brał na siebie ciężar zdobywania bramek.
Nie raz taką odpowiedzialność brał również na siebie Mirko
Vucinić. Ciężko jednak w pojedynkę walczyć z obrońcami
takich drużyn, jak Inter czy Juventus. W takich sytuacjach
zbawienne wydaję się wystawienie drugiego napastnika…
Ale czy tak naprawdę Roma posiada takiego piłkarza? Czekamy
aż działacze wydadzą odpowiednio pieniądze, które uzyskali z
transferu Alberto Aquilaniego do Liverpoolu. Ja jednak nie
mam złudzeń, że nawet, jeśli jakiś transfer uda się
zaklepać, to nie będzie to ani Julio Cruz ani nawet Andrij
Shevchenko. Wszystko dlatego, że Giallorossi po prostu nie
są finansowo tak zabezpieczeni, aby zapewnić takim
zawodnikom ciepłą emeryturkę, na którą mają bliżej aniżeli
dalej.
Czas postawić na zawodników pokroju Okaki czy Meneza, którzy
czekają na większy kredyt zaufania. W Polsce utarło się, że
kiedy zawodnik nie dostaję szansy w klubie, to traci pewność
siebie. Zachowując wszelakie proporcję możemy to przenieść
na rzymskie podwórko. Gdyby nie zaufać, że była gwiazda
Lecce zacznie zdobywać bramki również w Romie, to czy
dzisiaj Vucinić byłby w ogóle piłarzem Giallorossich?
Bardziej prawdopodobne byłoby, że Spaletti odkurzyłby
Vincenzo Montellę, stawiając tego filigranowego napastnika
samego naprzeciwko rosłym stoperom…
Autor: Maciej Piasecki
|