|
Rzym miał siedmiu królów – przepraszam, ośmiu –
jeśli zaliczymy do tego grona Falcão. Jednak
nigdy nie miał w swej barwnej i bogatej historii
księcia. Aż do początku lat osiemdziesiątych XX
wieku. U schyłku piłkarskiej przygody w Romie Di
Bartolomei oraz wspomnianego Falcão, wśród
Giallorossich narodziła się nowa gwiazda –
Giuseppe Giannini.
Na świat przyszedł 20 sierpnia 1964 roku;
rodowity rzymianin – swą piłkarską przygodę
rozpoczął jako nastolatek w zespole o nazwie
Almas. Skauci tego klubu, a konkretnie Naim
Krieziu (były gracz Romy z czasów I-go scudetto)
zainteresowali się młodym Giuseppe podczas
meczów… między parafiami. Później napłynęła
jednak oferta z Milanu. Kiedy Giannini był już
jedną nogą wśród Rossonerich, trener sektora
młodzieżowego Romy – Giorgio Perinetti
błyskawicznie zorganizował dla Giuseppe w
Trigorii test-mecz z kilkoma graczami pierwszej
drużyny. Dla młodego Włocha emocje były ogromne,
jednak potrafił on przekonać do siebie
wszystkich decydentów i otrzymał ofertę
podpisania umowy z AS Roma. Wtedy Giannini już
wiedział, że jego wiarą będą barwy
żółto-czerwone. Ostatecznie trafił na Stadio
Olimpico w wieku 16 lat. Dino Viola, ówczesny
prezydent, wydał na sprowadzenie Gianniniego do
Romy aż 40 milionów lirów, co było kwotą raczej
niespotykaną za tak młodego gracza w tamtych
czasach.
Tak oto rozpoczęła się historia Księcia Rzymu.
Nie wszyscy jednak wiedzą, że zanim Gianniniego
zaczęto nazywać Il Principe, posiadał on
zupełnie inny przydomek – Paperella, co oznacza
mniej więcej tyle co Kaczuszka. A to z tej
racji, że dzięki swojej wspaniałej koordynacji
ruchowej, grając nawet w błocie i na wodzie
młody gracz potrafił na murawie znakomicie
utrzymać równowagę.
Giannini w bardzo szybkim czasie stał się
gwiazdą młodzieżówki Romy i z wielką estymą –
jako jej kapitan – dowodził swoimi kolegami na
boisku.
W Serie A debiutował 31. stycznia 1982 roku, w
wieku 17 lat meczem na Stadio Olimpico z Ceseną.
Był to jednak nieudany debiut. Pod koniec meczu,
nieudolne zagranie Gianniniego do Falcão
otworzyło drogę do bramki Romy graczowi Ceseny –
Antonio Genzano i Roma niespodziewanie przegrała
cały mecz 0-1. Powszechne zachwyty: „patrzcie
jak się porusza, jaka klasa!” zostały
przekreślone przez jeden fatalny błąd. Trener
Nils Liedholm uznał, że Serie A to jeszcze za
wysokie progi dla młodziana – nastolatek z
powrotem na kilkanaście miesięcy „wylądował” w
kadrze Primavery, jednak wszyscy bez wyjątku
byli przekonani, że przyszłość Romy to właśnie
Giuseppe Giannini. Czas spędzony w drużynie
Primavery nie był na pewno czasem straconym. W
1983 roku Beppe zdobywa Trofeo Viareggio, a rok
później pod czujnym okiem trenera Romeo
Benettiego, Giannini doprowadził swój zespół do
mistrzostwa Italii.
Regularne występy w pierwszej drużynie popularny
już Beppe rozpoczął w sezonie 1984/85, kiedy
drużynę Giallorossich po trenerze Liedholmie
przejął jego rodak – Sven Goran Eriksson. Można
by rzec, że był to pierwszy transfer w wykonaniu
Szweda. Niedługo trzeba było czekać na
pierwszego ligowego gola Gianniniego – 28
października 1984 roku w Turynie przeciwko
Juventusowi uratował rzymskiej „11” remis. W
owym sezonie jeszcze trzykrotnie pokonywał
bramkarzy rywali. W następnym – stał się już
ważną częścią zespołu, który śmiało mierzył w
kolejne scudetto. Jednak na samym finiszu
campionato 1985/86 podopieczni Erikssona dostali
niespodziewanej zadyszki i tytuł zdobył
dowodzony przez Platiniego Juventus. Drugi
triumf w Pucharze Włoch (pierwszy zdobył w 1984
roku jeszcze jako mało znaczący gracz) był dla
niego jedynie pocieszeniem. Kariera Gianniniego
rozwijała się jednak prawidłowo, nabierając
coraz większego rozmachu. Mniej więcej w tym
właśnie czasie otrzymał od kibiców wielce
wymowny przydomek Il Principe.
Z końcem 1986 roku kadrę narodową Włoch przejął
Azeglio Vicini – trener i człowiek, któremu
„Książę” zawdzięcza wiele. Nowy selekcjoner
prowadził poprzednio młodzieżówkę Włoch, w
której to młody Giannini był sztandarowym
punktem. Vicini postanawia odrestaurować kadrę
narodową po epoce panowania Bearzota i stawia na
nowych, młodych, ale wypróbowanych już wcześniej
graczy. Do kadry trafiają takie asy jak Vialli,
Mancini, Maldini. Vicini wielkim zaufaniem
obdarza także Gianniniego, stopniowo
przygotowując go do odpowiedzialnej roli
reprezentacyjnego rozgrywającego. Swój pierwszy
mecz w dorosłej reprezentacji Giuseppe rozegrał
w La Valletta w grudniu 1986 roku przeciwko
drużynie Malty w ramach eliminacji do Euro’88
(wygrana 0:2). Na Mistrzostwa Europy w Niemczech
wciąż młody, ale już doświadczony gracz Romy
jedzie jako wielka nadzieja Calcio (wspaniała
gra i 11 goli w lidze w sezonie poprzedzającym
Euro), jednak nie wyróżnia się na turnieju
niczym specjalnym. Jednak drużyna Viciniego
zajęła na turnieju dobre, trzecie miejsce, a
czas pracował przecież na korzyść ówczesnego
24-latka. Z początkiem sezonu 1988/89 Giannini
po raz pierwszy założył na wiśniowo-żółtą
koszulkę Romy opaskę kapitana. Tak zostało już
na długie lata – Beppe stał się jednym z
najbardziej ukochanych liderów w historii
rzymskiego klubu. W następnym sezonie spełnił
jeszcze jedno marzenie – strzelił gola sąsiadowi
zza miedzy – Lazio. Któż dziś nie pamięta tej
szalonej radości?
Podczas kolejnych sezonów rozgrywający Romy
potwierdził swoje umiejętności zarówno podczas
gry w Squadra Azzurra jak i w klubie.
Wreszcie nadchodzi dla „il Principe” test prawdy
– Mundial roku 1990, rozgrywany na jego
ojczystej ziemi. Do tej największej piłkarskiej
imprezy na świecie Vicini przygotowywał swoją
drużynę bez mała cztery lata – teraz nadszedł
czas weryfikacji jego pracy. Giuseppe – jako
lider drugiej linii Błękitnej Drużyny – radził
sobie doskonale zarówno z rywalami jak i ogromną
presją włoskich kibiców, dla których liczył się
tylko tytuł Mistrza Świata. W meczu grupowym ze
Stanami Zjednoczonymi w 11 minucie strzelił
pięknego gola, zapewniając swojej drużynie
zwycięstwo 1-0. W innym grupowym meczu – z
Czechołowacją, asystował przy golu Schillaciego.
Squadra Azzurra funkcjonowała jak niezawodna
maszyna, jednak w meczu półfinałowym fortuna na
moment odwróciła się od chłopaków Viciniego. Po
serii rzutów karnych Italia uległa Argentynie,
pozostawiając po sobie wielkie morze łez
włoskich kibiców. I chociaż kilka dni później
Włosi pokonali w meczu o trzecie miejsce
rewelacyjną Anglię, to rodzima prasa określiła
ich mundialowy występ jako…”zatrucie brązem”.
Podłamany Książę wrócił do codziennej pracy w
rzymskim klubie, gdzie czekały na niego kolejne
wyzwania. Rewelacyjna postawa w rozgrywkach
Pucharu UEFA zaowocowała w 1991 roku dotarciem
Romy do samego finału tych rozgrywek. Kapitan
Giallorossich wespół z niesamowitym Rudi
Voellerem eliminowali kolejno: Benfikę Lizbona,
Valencię, Bordeaux, Anderlecht Bruksela oraz
Broendby Kopenhaga. W finale na drodze
Giallorossich stanął Inter Mediolan. Porażka w
pierwszym meczu 2-0 postawiła zespół Gianniniego
przed rewanżem w Rzymie w trudnej sytuacji.
Ostatecznie Roma wygrała jedynie 1-0 i Puchar
UEFA pojechał do Mediolanu. Sukcesem zakończył
się natomiast start w Pucharze Włoch (wygrana w
dwumeczu z Sampdorią Genua). Było to już trzecie
trofeum w karierze Gianniniego.
Wraz z odejściem Viciniego ze stanowiska
selekcjonera reprezentacji (następcą okazał się
Arrigo Sacchi) skończyła się era Księcia Rzymu w
narodowej drużynie. Ostatni mecz w barwach
narodowych Giannini rozegrał 12 października
1991 roku w Moskwie przeciwko Związkowi
Radzieckiemu (0:0) w ramach eliminacji do
Mistrzostw Europy 1992 roku – został zastąpiony
przez Roberto Manciniego w 58 minucie gry.
Pomimo równej i wysokiej formy trudno było mu
jednak o dalsze sukcesy klubowe. Rzymski klub
popadał w coraz większe tarapaty finansowe, więc
drużyna także prezentowała się bardzo
przeciętnie, nie będąc w stanie nawiązać
równorzędnej walki z potentatami Calcio.
W 1993 roku Il Principe zdołał jeszcze
doprowadzić Giallorossich do finału Pucharu
Włoch. Pomimo wręcz heroicznej walki z Torino
(porażka 3-0 w Turynie i wygrana 5-2 na Stadio
Olimpico okraszona 3 golami Gianniniego i…
strzałem rozpaczy w słupek) Rzym przeżył kolejny
zawód.
Sezon 1995/96 okazał się dla Beppe ostatnim w
barwach Romy, choć z pewnością zarówno on sam
jak i kibice Romy tego nie przeczuwali. Podczas
przegranego 0-1 derby Rzymu nie wykorzystał
rzutu karnego (obrona Marchegianiego), za co
spłynęła na niego wielka i – według Gianniniego
– obrażająca krytyka prezydenta Romy, Franco
Sensiego. Jego stosunki z władzami klubu stały
się chłodne i napięte. „Książę” – zawsze mówiący
co myśli, bez zbędnego owijania w bawełnę –
postanowił, że ostatni mecz sezonu będzie
równocześnie jego ostatnim w barwach
Giallorossich. Jednak przewrotna fortuna chciała
inaczej – w przedostatnim, wyjazdowym meczu we
Florencji (5 maja 1996 roku) Giuseppe otrzymał
żółtą kartkę, która uniemożliwiła mu pożegnalny
występ w ostatniej kolejce przed własną
publicznością. Publicznością, która przecież tak
bardzo go kochała. Po zakończeniu campionato
Giannini wypowiedział słynne słowa: „Dopóki nie
zmieni się prezydent klubu, dopóty już nigdy
więcej nie będę bronił barw Romy.” Słowa
dotrzymał… Wiedział, że właśnie kończy się
historia, którą nigdy kończyć nie chciał.
Latem 1996 roku „Książę” przenosi się do
przeciętnego Sturm Graz, z którym sięga jednak
po Puchar i Superpuchar Austrii. Następnie
powrócił do Włoch, gdzie rozegrał 4 spotkania w
barwach Napoli oraz 14 w koszulce Lecce
(1997/98).
Giuseppe Giannini doczekał się swojego
pożegnalnego, benefisowego występu w koszulce
Romy. Jednak tylko symbolicznego. Beppe musiał
czekać długie 4 lata by znów jego stopa mogła
stanąć na murawie Stadio Olimpico. Prezydent
Sensi postanowił naprawić błędy z przeszłości i
17 maja 2000 roku meczem SuperRoma – Italia’90
odbyło się pożegnanie byłego kapitana Romy. Na
boisku żegnały go m.in. takie sławy jak:
Tacconi, Bergomi, Franco Baresi, Vierchowood,
Ferri, Serena, De Agostini, De Napoli, Schillaci
i Carnevale ze strony zespołu Italia’90 oraz
Tancredi, Tempestilli, Righetti, Aldair,
Maldera, Bruno Conti, Di Mauro, Prohaska,
Boniek, Voeller i Rizzitelli po stronie teamu
SuperRomy. Na trybunach 50.000 kibiców, wielka
podobizna Gianniniego oraz napis: „Tylko kto
kocha i cierpi dla drużyny ma prawo ją czcić...
na zawsze. Dziękujemy Kapitanie!”
Zapowiadało się wielkie święto. Czy jednak nie
byłoby dla wszystkich lepiej, gdyby ten mecz się
nie odbył? Giannini pierwszą połowę meczu
rozegrał w błękitnej koszulce reprezentacji
Włoch – drugą miał rozegrać w barwach swej
ukochanej Romy, naturalnie w koszulce z „10” na
plecach. Jednak grupa sfrustrowanych ludzi nie
potrafiła zrozumieć i uszanować tak szczególnego
dnia dla Gianniniego i wielu oddanych kibiców
Giallorossich – w przerwie meczu zaczęli oni
demonstrować niezadowolenie ze zdobycia przez
Lazio scudetto – swój gniew skierowali w stronę
Franco Sensiego. Zniszczona została murawa oraz
bramki. Nie pomogły prośby samego Gianniniego!
Skończyło się na symbolicznej, ostatniej minucie
meczu w trykocie Romy oraz rundzie honorowej Il
Principe. Bohater tamtego wzruszającego wieczoru
schodził do szatni zdruzgotany i zapłakany, w
objęciach Bruno Contiego oraz Francesco Tottiego
– następnego wielkiego kapitana, dla którego
Giannini od zawsze był idolem.
Giuseppe Giannini – jeden z najbardziej
ukochanych liderów Romy w jej historii,
długoletni kapitan, poświęcił karierę
praktycznie tylko Giallorossim (14 sezonów!!!).
Jego znakiem firmowym był elegancki styl gry z
wysoko podniesioną głową, dzięki czemu na boisku
miał znakomity przegląd sytuacji. Jeśli
dołączymy do jego zalet nieprzeciętną mądrość
taktyczną , to ukarze nam się pełny obraz
Gianniniego jako gracza i lidera zespołu.
Momentami grał cudownie, porywająco, wspaniale
trzymał piłkę przy nodze, był niesamowicie lekki
i elegancki podczas biegu. Przekleństwem Il
Principe był fakt, że okres jego gry w barwach
stołecznego klubu to czas, kiedy Romę nie było
stać na wybitną drużynę. W zasadzie można rzec,
że kariera Gianniniego przypadła na lata między
drugim i trzecim scudetto. Właśnie tytuł mistrza
Włoch od samego początku był jego największym –
jak się później okazało – niespełnionym
marzeniem. W 1983 roku wielkie dni chwały
rzymskiego zespołu przeżywał jako zdegradowany
gracz Primavery, choć był już w tamtym okresie
po ligowym debiucie. Z kolei w roku 1986
przegrał w ostatniej chwili walkę o scudetto ze
swoim zespołem w sposób wręcz dramatyczny i aż
po dzień dzisiejszy niezrozumiały. Natomiast rok
2001 i trzeci tytuł najlepszej drużyny Włoch dla
Romy Giannini oglądał już jako 36-letni weteran,
który 3 lata wcześniej zawiesił buty na kołku.
Zresztą nieszczęście chodziło za Il Principe jak
cień od samego początku kariery, od momentu,
kiedy w debiutanckim występie jednym złym
podaniem przekreślił swoją przyszłość w
pierwszej drużynie na kilkanaście miesięcy. Nikt
też nie zapłacił tak wysokiej ceny za pechową
przecież porażkę w derby Rzymu. Wreszcie chyba
nikt nie potrafi zrozumieć, dlaczego akurat
Gianniniego – Księcia Rzymu spotkał horror
podczas jego pożegnania z piłkarską karierą.
Jedno było pewne – kibice zawsze go kochali.
Ale kochali go nie tylko za pełną elegancji i
finezji grę – spora część żeńskiej widowni przez
wiele lat przychodziła na Stadio Olimpico
głównie po to, by oglądać wyrafinowaną urodę
gracza z numerem „10” na koszulce. Rzeczywiście
– Il Principe od dziecka posiadał piękną,
delikatną twarz, w której królowały ciemne,
głębokie i słodkie oczy.
Obecnie Giannini szuka swojego nowego miejsca w
życiu, próbując swych sił jako trener,
komentator sportowy a także polityk. Coraz
lepiej radzi sobie jako szkoleniowiec drużyn w
niższych klasach rozgrywkowych. Pierwszym
sukcesem trenerskim było wprowadzenie do Serie B
prowincjonalnego Gallipoli. Być może jeszcze
kiedyś wróci do Giallorossich w roli trenera? –
przynajmniej Il Principe takie ma plany… Czy
jednak tym razem los okaże się dla niego
łaskawy?
Sukcesy i fakty:
Serie A:
318 meczów, 49 goli;
Puchar Włoch:
1984, 1986, 1991 – 79 mecze, 19 gole;
Superpuchar Włoch:
1 mecz;
Puchar UEFA:
finał Pucharu UEFA 1991 - 38 meczów, 7 goli;
Reprezentacja:
47 meczów, 6 goli; ME1988 - 3 miejsce, MŚ1990 -
3 miejsce;
Reprezentacja U-21:
21 meczów i 1 gol; |