|
Marco Delvecchio przyszedł na świat w
Mediolanie, 7 kwietnia 1973 roku. Od małego
dziecka kibicował miejscowemu Interowi, więc nic
dziwnego, że w tym właśnie klubie pod okiem
Giampiero Mariniego od 15 roku życia uczył się
piłkarskiego abecadła. W wieku 18 lat, na sezon
1991/92, został włączony do szerokiej kadry
pierwszego zespołu mediolańczyków. Jego debiut w
Serie A nastąpił 1 marca 1992 roku podczas meczu
we Florencji, gdzie nerazzurri zremisowali 1:1 z
Fiorentiną. Jednak następne dwa lata Marco
spędził na tułaczce. W sezonie 1992/93 był
zawodnikiem drugoligowej Venezii, natomiast rok
później bronił barw Udinese Calcio.
Po okresie wypożyczeń, latem 1994 roku młody „attacante”
powrócił do swojego macierzystego klubu. W tym
samym czasie nowym szkoleniowcem
„czarno-niebieskich” został Ottavio Bianchi,
który widział w wysokim napastniku (186 cm)
kluczowego gracza budowanej przez siebie
drużyny. I rzeczywiście – Marco grał regularnie,
zaliczył aż 29 meczów w Serie A, w których
jednak tylko 4-krotnie pokonywał bramkarzy
rywali. To nie mogło zadowolić włodarzy Interu i
- podczas następnego sezonu - w listopadzie 1995
roku przystali na oferowaną przez Romę wymianę
Marco Delvecchio – Marco Branca.
Debiut w „żółto-czerwonych” barwach był dla
kruczowłosego „attacante” nieudany – 19
listopada 1995 roku Roma przegrała mecz w
Piacenzy 0-1, a sam Delvecchio rozegrał kiepskie
zawody. Początki gry na Stadio Olimpico były
mizerne – dla Marco nastały ciężkie czasy. Słaba
forma, brak skuteczności a przede wszystkim
etykietka „dziecka Mediolanu” spowodowały, że
nie został on zaakceptowany przez kibiców Romy.
I pomimo tego, że końcówka sezonu była już dla
Delvecchio bardzo przyzwoita (z dorobkiem 10
goli został razem z Balbo najlepszym strzelcem
Romy), to niechęć kibiców do jego osoby ciągnęła
się jeszcze długo. Bardzo długo. Przez kolejne
dwa sezony traktowany był przez kibiców jako
ktoś obcy, niegodny zaufania. Doszło nawet do
kuriozalnej sytuacji – po strzeleniu gola Marco
podbiegał pod sektory Curva Sud i robił rękoma
tzw. „długie uszy”. Jednak słyszał jedynie
przeraźliwe gwizdy. Z kibicami nikt jeszcze nie
wygrał, więc nieustannie poniżany napastnik
postanowił latem 1998 roku wreszcie opuścić
niegościnne Miasto. Był już nawet jedną nogą w
Chelsea Londyn, jednak w ostatniej chwili od
transferowych zamiarów odwiódł go ówczesny
trener Romy – Zdenek Zeman. Ultra ofensywny styl
gry, jaki zaczęli prezentować giallo-rossi za
trenerskiej kadencji włoskiego Czecha okazał się
wodą na młyn dla Delvecchio. Sezon 1998/1999 to
już prawdziwy festiwal strzelecki Włocha – w
Serie A aż 18 razy pokonywał bramkarzy rywali.
Wreszcie jego gra zyskała uznanie kibiców w
Rzymie, a owe „długie uszy” stały się znakiem
firmowym Delvecchio. Jednak z tą różnicą, że
praktykując gest pod Curva Sud słyszał już tylko
oklaski i okrzyki radości tifoserii. Wszystko
zaczęło się odmieniać w karierze Delvecchio jak
za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Od
kibiców otrzymał wymowny przydomek „SuperMarco”,
a jego numer 24 na koszulce zaczął być
utożsamiany właśnie z jego nazwiskiem. Stał się
wreszcie jednym z bohaterów wielu młodych ludzi.
W następnym roku Marco potwierdził swą
rewelacyjną formę zdobyciem 11 ligowych bramek i
mnóstwem golowych asyst. Nie uszło to uwadze
Dino Zofia, który jako trener reprezentacji
Italii postanowił zabrać go na EURO2000. Na
boiskach Belgii i Holandii pierwsze skrzypce w
rewelacyjnej na tym turnieju „Błękitnej
Drużynie” grał klubowy kolega Delvecchio –
Francesco Totti, jednak to on sam miał swoje
pięć minut w meczu finałowym przeciwko drużynie
Francji. Zdobył prowadzenie dla „Squadra Azzurra”
i gdy wydawało się, że już naprawdę nikt nie
jest w stanie wydrzeć mistrzowskiego tytułu
Italii – w doliczonym czasie gry „trójkolorowi”
doprowadzili do remisu. Później w dogrywce całe
Włochy pogrążył jeszcze Trezeguet. Tak więc
doprawdy sekundy dzieliły Delvecchio od tego by
został bohaterem narodowym Italii.
Jednak już rok później został jednym z bohaterów
Rzymu, bowiem AS Roma świętowała zdobycie
trzeciego w swej historii „scudetto”. I choć
Delvecchio w przeciągu całego sezonu zdobył
jedynie trzy bramki, to jego wkład w ten ogromny
sukces był niepodważalny. Ówczesny trener Romy,
Fabio Capello preferował ustawienie trójką
napastników: Totti-Delvecchio-Batistuta, przy
czym bohater tego opowiadania miał za zadanie
wypracowywać okazje bramkowe pozostałej dwójce.
Także następca Zoffa na stanowisku selekcjonera
reprezentacji – Giovanni Trapattoni, cenił sobie
umiejętności strzeleckie napastnika Romy. Zabrał
go nawet na Mundial’02, który odbywał się w
dalekiej Korei Płd. i Japonii. Jednak nie
rozegrał tam żadnego spotkania, natomiast „Squadra
Azzurra” dowodzona przez popularnego „Trapa”,
zaprezentowała się bardzo przeciętnie. Latem
2002 roku Delvecchio zamknął rozdział gry w
narodowej „11” i postanowił skupić się na pracy
w klubie. Tymczasem coraz pewniej o swoją
pozycję w zespole zaczął walczyć młodzian rodem
z Bari – niejaki Antonio Cassano. Ogromna
konkurencja w pierwszej linii Romy spowodowała,
że SuperMarco stał się – po Batistucie, Montelli
i właśnie Cassano – dopiero czwartym
napastnikiem. Najczęściej wchodził na murawę w
samych końcówkach spotkań, co dla tego typu
zawodnika było po prostu piłkarską śmiercią.
Marco musiał dużo grać, aby być w wysokiej
formie, w swoim futbolowym transie – niestety,
trener Capello miał inną wizję zespołu. Sezon
2002/2003, jak i następne były bardzo podobne do
siebie – Delvecchio większość meczów oglądał z
ławki rezerwowych, wchodząc na plac gry jedynie
w sytuacjach awaryjnych. Jego sytuację
komplikowały dodatkowo liczne drobne urazy.
Marco gasł w oczach. Wreszcie nadeszła chwila,
kiedy musiał rozstać się z Romą, twierdząc – nie
bez racji – że aby grać i nie zostać
przedwczesnym piłkarskim emerytem, musi odejść.
Na początku 2005 roku – korzystając z zimowego
okna transferowego – niespełna 32-letni piłkarz,
z wielkim poczuciem żalu przeprowadził się do
prowincjonalnej Brescii, kończąc tym samym
prawie 10-letnią przygodę ze stołecznym klubem.
Później były jeszcze inne kluby – Parma i Ascoli.
W barwach tego ostatniego klubu, 10 października
2006 roku Marco Delvecchio (oczywiście z numerem
24 na swojej koszulce) ponownie zawitał na
Stadio Olimpico. W 22 minucie meczu wyprowadził
swój nowy zespół na prowadzenie, pokonując
bramkarza Romy – Doniego. Na próżno jednak było
szukać radości i satysfakcji na twarzy
ex-Romanisty. Przepraszający gest (uniesiona
otwarta dłoń) w stronę Curva Sud mówił wprost:
„wybaczcie!” Wszak gole zdobywane przeciwko
klubowi, którego barwy ma się wypisane w swoim
sercu nie potrafią cieszyć.
Marco Delvecchio to rodowity mediolańczyk,
jednak dzięki pokorze i wytrwałości w działaniu
stał się pełnowartościowym Romanistą. Był
napastnikiem unikalnym. Napastnikiem z fantazją,
który posiadał swój własny, oryginalny styl gry.
Często zdobywał gole „z niczego”. Nigdy nie
uznawał piłki za straconą, goniąc za nią do
samego końca. Był szybki, skoczny i gibki. Gole
potrafił zdobywać zarówno głową jak i po solowej
akcji. Nie grzeszył techniką, jednak owe braki
nadrabiał ambicją i niesamowitym wprost ciągiem
na bramkę przeciwnika. Był piłkarzem
nieobliczalnym. Jako jeden z nielicznych
dostąpił zaszczytu kapitanowania rzymskiej
drużynie podczas nieobecności Tottiego.
Wśród kibiców Romy przylgnął do niego przydomek
„uomo-derby”, czyli człowiek derby. Marco bowiem
jak mało kto potrafił karcić w derbowych
pojedynkach sąsiada zza miedzy. W ligowych
meczach aż 9-krotnie pakował futbolówkę do
bramki Lazio, co jest zresztą aktualnym
rekordem. Za to kochali go kibice. Po dzień
dzisiejszy każdy z nich pamięta spotkanie
derbowe z listopada 1998 roku, kiedy to Roma –
przy znacznym współudziale Delvecchio – z
agonalnego stanu 1-3, doprowadziła w przeciągu
kilku minut do wyrównania. Niedługo później sam
Marco zdobył czwartego gola dla Giallorossich,
lecz z przyczyn niewiadomych do tej pory,
arbiter tego gola nie uznał. Zaraz potem
zawodnik z numerem 24 na koszulce opuścił boisko
ze łzami w oczach. Teraz, kiedy Delvecchio nie
może już pomóc swoim kolegom z boiska podczas
derby Wiecznego Miasta, zasiada na Curva Sud i
razem z najwierniejszymi kibicami dopinguje
„żółto-czerwonych”. Tak było chociażby podczas
derby w grudniu 2006 roku.
Ale kibice kochali i kochają go nadal także za
coś innego. Jak nikt, potrafił z naturalnym
wdziękiem, entuzjazmem i z fantazją radować się
ze zdobywanych goli. To on po trafieniu do
siatki rywala wskakiwał na bandę reklamową, to
on zaciskał pięści w geście triumfu, to on
wykonywał fikołki i powietrzne obroty, to on
wreszcie w szaleńczym tempie podbiegał pod Curva
Sud, by dzielić swą radość z kibicami.
Największym jednak triumfem napastnika był fakt,
że podczas pożegnania z Romą, nawet najbardziej
ortodoksyjni klubowi tifosi poczuli pustkę w
swoich sercach. Notabene – ci sami kibice,
którzy wcześniej niemiłosiernie wygwizdywali
Marco podczas każdego meczu.
Sukcesy i fakty:
Serie A:
scudetto 2001 – 231 meczów, 62 goli;
Liga Mistrzów:
13 meczów, 2 gol;
Puchar UEFA:
24 mecze, 11 goli;
Reprezentacja młodzieżowa Włoch:
24 meczów, 6 goli – uczestnik MME ‘94 i ’96, IO
Atlanta1996;
Reprezentacja:
22 mecze, 4 gole – uczestnik ME2000 i MŚ2002. |