|
Agostino Di Bartolomei przyszedł na świat 8
kwietnia 1955 roku w Rzymie. Od najmłodszych lat
związał swą piłkarską przyszłość z Romą,
przechodząc w rzymskim klubie wszystkie szczeble
juniorskiej drabiny. Grając w zespole „Primavery”
szybko został jej liderem i kapitanem. Wygrał z
nią dwukrotnie mistrzostwo Włoch (1973 i 1974)
oraz dwukrotnie Puchar Włoch (1974 i 1975), był
najlepszym strzelcem drużyny.
W Serie A debiutował w wieku 18 lat – 22
kwietnia 1973 roku – w wyjazdowym, bezbramkowym
meczu z Interem Mediolan. Pół roku później Ago
strzela swą pierwszą bramkę w rozgrywkach
ligowych, ratując zwycięstwo w meczu z Bologną
(2-1). Prawdziwym szczęściem dla młodego
piłkarza okazał się fakt, że pod koniec 1973
roku trenerskie stery Romy przejął Nils Liedholm.
To właśnie szwedzki trener ukształtował Di
Bartolomei piłkarsko jak i mentalnie. Jeśli
należałoby podać przykład dobrej współpracy
między trenerem a swoim podopiecznym, to z
pewnością relacja na linii Liedholm-Di
Bartolomei wspaniale się do tego nadaje.
W sezonie 1975/76 Ago, nie mogąc wywalczyć
pewnego miejsca w drużynie, zostaje wypożyczony
do Vicenzy (Serie B) w celu nabrania
doświadczenia. Natomiast Liedholm rok później
postanawia rozstać się z Romą. Agostino powraca
już po roku, otrzymuje koszulkę z nr 10 i staje
się ważnym ogniwem zespołu giallo-rossich. W
1980 roku na ławce trenerskiej znów zasiadł Nils
Liedholm, który od razu powierza kapitańską
opaskę swojemu pupilowi. Od tej pory czarnowłosy
rozgrywający staje się prawdziwym przywódcą
drużyny. W latach 1980 i 1981 Di Bartolomei
zdobywa z Romą dwukrotnie Puchar Włoch.
Ukoronowaniem wspaniałej gry Ago w sezonie
1982/83 było wywalczenie tak długo wyczekiwanego
przez kibiców mistrzostwa Włoch. Rok później –
30 maja 1984 roku - „Il Capitano” wyprowadził
żółto-czerwonych na najważniejszy mecz w całej
bogatej historii klubu – finał Pucharu Mistrzów.
Oczekiwania były wielkie, nastroje wspaniałe.
Niestety, pojedynek z Liverpoolem nie przeszedł
do chlubnej historii klubu. Po 120 minutach gry
(po dogrywce wynik brzmiał 1-1, gola dla Romy
zdobył Pruzzo po podaniu Contiego) przyszła
dramatyczna przegrana 2-4 w serii rzutów
karnych. Ów mecz stał się punktem zwrotnym w
karierze DiBa – bo tak nazywali Go w skrócie
kibice. Gorycz porażki przeżywana na wypełnionym
Stadio Olimpico, wielka kłótnia po meczu z
Falcao, rezygnacja Liedholma z funkcji trenera
Romy…To wszystko uzmysłowiło mu, że jego czas w
Rzymie już się wypełnił. Rozstał się z Romą w
zasadzie podczas tego jedynego feralnego
wieczoru – bardzo niespodziewanie i dogłębnie
zraniony. Był zbyt dumny i honorowy, by móc
kontynuować piłkarską karierę na Olimpico. Miał
bolesną świadomość, że nie spełnił nadziei
wielu, wielu pokoleń kibiców Romy. Czuł się
również wypalony, wiedział, że mecz o taką
stawkę już nigdy się nie powtórzy. Z pewnością
inaczej wyglądałaby jego przyszłość, gdyby Roma
zdobyła upragniony Puchar Europy…
Ostatecznie Di Bartolomei podążył śladami
swojego mentora Liedholma do AC Milan. Los
chciał że już na początku następnego sezonu
ex-romanista spotkał się z niedawnymi kolegami
podczas ligowego meczu na San Siro. Zdobywając
gola dla Milanu – swojego nowego klubu –
manifestował radość tak okazale, że naraził się
na złośliwe uwagi Francesco Grazianiego i innych
zawodników Romy. W rzeczywistości był to jednak
z jego strony jedynie wyraz desperacji i
rozgoryczenia po niedawnych przejściach, co
później zresztą sam przyznał. Bo w sercu
Agostino tak naprawdę na zawsze pozostała wielka
miłość do Rzymu i Romy. Klubu, której koszulki
już nigdy w życiu nie było mu dane założyć.
Potem były jeszcze Cesena i Salernitana, ale w
żadnym innym klubie Di Bartolomei nie grał już z
tak wielkim oddaniem i błyskiem jak w barwach
giallo-rossich.
W 10-tą rocznicę pechowego finału Pucharu
Mistrzów – 30 maja 1994 roku – cały świat
zmroziła bardzo smutna wiadomość – Agostino Di
Bartolomei przegrał swój osobisty mecz… Zmarł
śmiercią samobójczą we własnej willi. Pozostawił
po sobie łzy rozpaczy bliskich i wielu kibiców,
tysiące pytań bez odpowiedzi oraz graffiti na
murach Rzymu: „Agostino nel cuore”. Nikt tak do
końca nie może być pewny, dlaczego tego
późnowiosennego poranka, niespełna 40-letni
Agostino skierował pistolet w stronę swojego
serca i nacisnął spust. Data śmierci - którą
przecież sam wybrał - oraz jej forma mogą jednak
dużo powiedzieć. Urodził się jako piłkarz i bez
piłki nie potrafił żyć. Nie potrafił żyć bez
Romy.
Agostino Di Bartolomei – jedna z największych
„żółto-czerwonych” gwiazd i z pewnością
najtragiczniejsza postać w całej historii klubu.
Kapitan i kibic Romy jakich naprawdę mało,
zawsze trzymał całą drużynę w ryzach. Na boisku
prezentował się jako doskonały rozgrywający.
Wiele osób zarzucało jemu i Liedholmowi, że jest
jednak zbyt powolny do odgrywania tak kluczowej
roli na boisku, jednak Ago swą wspaniałą grą
zamknął wszystkim usta. Miał dwa boiskowe
przydomki określające jego charakter gry -
Ninnaò (zbytnia ospałość) oraz Kaligula (
waleczność i charyzma). Posiadał optymalne
warunki fizyczne (180 cm wzrostu i 71 kg wagi).
Pod jego wodzą Roma przeżywała swój najlepszy
okres w historii, zawsze „ciągnął” zespół do
przodu, zawsze do końca wierzył w sukces.
Prawdziwy boiskowy dżentelmen – bardzo rzadko
był karany żółtymi kartkami, czerwonymi - nigdy.
Długoletni kapitan i symbol Romy, autentyczny
przywódca, choć – jak sam mówił – nigdy nie czuł
się sztandarową postacią. Właśnie wrodzona
skromność powodowała, że Agostino był wyjątkowy
i nie do podrobienia. Do dziś kibice mają w
pamięci postać stonowanego i nieśmiało
uśmiechniętego kapitana w szatni po zdobyciu
mistrzostwa Italii w 1983 roku, kiedy tuż obok z
szampanem szalał Bruno Conti i spółka. Był
perfekcyjnie wyszkolony technicznie, wyśmienicie
„czuł” piłkę - jego długie, crossowe podania
trafiały do adresatów z architektoniczną wprost
dokładnością. Rzuty wolne w wykonaniu DiBa
zawsze budziły na trybunach emocje. Posiadał
bowiem bardzo silne i precyzyjne uderzenie.
Kiedy ustawiał piłkę, Curva Sud intonowała: „Ooooo
Agostino! Ago, Ago, Ago, Agostino gol!!!”.
Kibice mówili o nim: „mój kapitan przez duże k”.
W reprezentacji Italii nie otrzymał żadnej
szansy gry. Ówczesny selekcjoner „Squadra
Azzurra”, Enzo Bearzot miał swoich faworytów.
Być może miałby więcej szczęścia, gdyby na jego
pozycji nie grał równie doskonały Giancarlo
Antognoni?
Był człowiekiem, którego nie da się zapomnieć,
wspaniałym piłkarzem, lecz na pewno nie do końca
spełnionym. Jednak życie nie daje nam tego czego
chcemy, tylko to co ma dla nas – Agostino
przekonał się o tym bardzo boleśnie. Prawdziwy,
ponadczasowy symbol Romy.
Władze miasteczka San Marco di Castellabate -
jego ostatniego miejsca zamieszkania –
uhonorowały pamięć Agostino poprzez nazwanie
jednej z ulic miasta jego imieniem. Takiego
zaszczytu dostępują tylko najwybitniejsi…
Sukcesy i fakty:
Serie A:
237 meczów, 50 goli;
Puchar Włoch:
1980, 1981, 1984 – 52 mecze, 14 gole;
Puchar Europy Mistrzów Krajowych:
finał 1984 – 8 meczów, 1 gol;
Puchar Zdobywców Pucharów:
4 mecze;
Puchar UEFA:
13 meczów, 1 gol;
Reprezentacja:
5 meczów w U-23, 11 meczów i 9 goli w juniorach
Italii. |